Uncategorized

Dzień 21 – wizyta u lekarza

Dzisiaj wyjątkowo wpis autorstwa Kasi, gdyż to w ogółu niej działy się najciekawsze rzeczy :)

Z racji tego, że zachorowałam musiałam udać się do lekarza. Niestety, nasz ubezpieczyciel (PZU) działał wolniej niż woda w kiblu, więc dostałam się do lekarza dopiero po trzech dniach. Byłam umówiona na godzinę 18:00, więc było dużo czasu, aby coś zwiedzić. :) Postanowiliśmy wyruszyć w odwiedziny do samego cesarza Japonii. Kto będąc w Japonii nie chciałby zobaczyć ogrodów cesarskich czy pałacu? Jak się okazało cesarz Akihito nie był na tyle gościnny, aby wpuścić nas do ogrodu. Byliśmy tym bardzo zawiedzeni.

Skoro cesarz nie chciał nas ugościć jak należy poszliśmy w kierunku amerykańskiej kliniki.  Po drodze poszliśmy wysłać pocztówki, które mogłyby być trochę ładniejsze. Ale ja ich nie wybierałam, wszelkie pretensje proszę kierować do Kurasa. Do lekarza mieliśmy jeszcze sporo czasu, a nie wypadało przyjść godzinę wcześniej, dlatego przez około czterdzieści minut siedzieliśmy w przytulnej kawiarence i piliśmy kawę. Moja kawa była normalna, po prostu zwykłe latte. Natomiast Kuras pił kawę z syropem klonowym, a kawa Kubusia była migdałowo-karmelowa. Wiem, to naprawdę fascynujące. Ale ten dzień był wyjątkowo nudy i naprawdę nic ciekawego się nie działo. Ale Kuras się uparł, że koniecznie musi być wpis na temat lekarza i koniecznie ja muszę notkę napisać. Więc się zgodziłam i zanudzam takimi głupotami jak kawa. Bardzo za to przepraszam. W końcu nadeszła godzina osiemnasta i mogłam wejść do kliniki, wjechaliśmy windą na trzecie piętro i gdy tylko drzwi się otworzyły przywitał nas pan z recepcji. Od razu też kazał wypełnić drobne formalności, czyli imię, nazwisko i inne bzdety. Po chwili podeszła do mnie pielęgniarka, która jak się okazało była naprawdę bardzo miła. Przywitała się i zaprowadziła do gabinetu. Tam zapytała o wszelkie objawy w przypadku mojej choroby, a potem zaczęły się już standardowe rzeczy, czyli mierzenie gorączki i ciśnienia. Gdy wszystko spisała, wyszła z gabinetu, a jak tylko do mnie wróciła za nim otworzyła drzwi pukała. Za każdym razem pukała do drzwi, a dopiero potem weszła. Potem zaprowadziła mnie do lekarza, który grzecznie się ze mną przywitał, wręczył mi swoją wizytówkę, a dopiero potem zaczął pytać o wszelkie objawy. Gdy wywiad został skończony, wróciłam do tego samego gabinetu gdzie przedtem pielęgniarka mierzyła mi gorączkę. Tak jak zawsze lekarz musiał mnie osłuchać, sprawdzić uszy, gardło i także nos. Dopiero później zaczęło się coś co mnie zaskoczyło, a mianowicie potrzebowali kropelki krwi z mojego palca. Na początku myślałam, że może chcą zbadać poziom mojego cukru, ale jednak się pomyliłam. Krew była im potrzebna do tego, aby sprawdzić poziom zarazków, że tak to ujmę. Dzięki temu lekarz mógł zadecydować czy przy mojej chorobie są potrzebne antybiotyki. Gdy jednak zobaczył, że liczba na monitorze urządzenia jest mała, zdecydował, że zrobi test na grypę. Do tego testu potrzebował trochę mojej śliny oraz wydzieliny z nosa. To akurat było bardzo nie przyjemne uczucie. Akurat na wynik tego testu musieliśmy czekać dziesięć minut. W międzyczasie pytano się czy nie potrzebuję wody i o tym podobne rzeczy. Pani pielęgniarka pytała się także o nasz wyjazd do Japonii, była zdziwiona w ilu miastach byliśmy. Była pewna, że cały czas siedzimy w Tokyo. Nie przeciągając dłużej, test na grypę wyszedł negatywny, więc lekarz stwierdził, że to tylko zwykłe przeziębienie. Dostałam leki na zbicie gorączki oraz na katar. Na koniec lekarz i pielęgniarka życzyli mi szybkiego powrotu do zdrowia. Byli naprawdę mili, aż do takiego lekarza chce się chodzić. A i jeżeli chodzi o porozumiewanie się, dlatego, że była to klinika amerykańska wszyscy mówili po angielsku, więc nie miałam żadnych problemów. ^^

(więcej…)

Wsteczne odliczanie…

Zostało mniej niż 10 dni, niby wszystko gotowe, a i tak chodzę, sprawdzam wszystko w kółko, mam poodkładane ubrania na kupkę itp.; ogólnie stres. 😉 Jutro ostatnie zajęcia z japońskiego przed wyjazdem, zaraz ostatni weekend, ostatni dzień… W sumie nie mogę się doczekać jak już dotrę do Tokio, wrzucę rzeczy do pokoju i będę mógł iść w nieznane. :)

Zostało do zrobienia:

  • Oddelegować kota do babci;
  • wymienić pieniądze;
  • odebrać leki (głównie przeciwbólowe i na zatrucie) – też nie można przesadzić, chociaż informacje na stronie naszej ambasady w Tokio są dosyć enigmatyczne;
  • czekać na ostatnie potrzebne albo mniej potrzebne rzeczy;
  • kupić alkohol (max 3×0,7 na osobę) i prezent dla gospodarza (zakładając że prezent =/= alkohol XD);
  • ogarnąć mieszkanie, żeby zrobić miejsce do życia królikowi;
  • wrzucić wszystko do walizki;
  • wsiąść w pociąg, a potem do samolotu;
  • korzystać ile się da. 😀

Taka mała ciekawostka, leki przeciwbólowe w Japonii są zdecydowanie słabsze jak u nas, polecany przez internety i prezentowany jako zbawienie, jeśli nie ma się nic innego przy sobie, Meridon EV zawiera 150mg ibuprofenu, gdzie u nas można znaleźć tabletki z dawką 400mg.

Trochę przydatnych informacji: Ambasada polski w Tokio

Hello world!

Blog powstał głównie na potrzeby naszego wyjazdu do Japonii i na tym na razie będę się skupiał, a potem kto wie. Z racji tego, że jest to nasz pierwszy wyjazd, możecie spodziewać się sporej ilości błędów i niedociągnięć. :)

Kim jesteśmy tajemniczy MY? Zapewne jeszcze będzie czas na to żeby się ładnie przedstawić (na razie i tak nie ma komu). 😀

W międzyczasie możecie spodziewać się też tekstów około mangowych (taka praca) i może jeszcze coś jak się trafi.

Poniżej krótki time-lapse, który nie powstawał wcale tak krótko 😉