Podróż

Dzień 25 – Takao-san

W sumie to ostatni dzień gdzie robiliśmy coś wartego uwagi, przez kolejne dni szukaliśmy książek, zalaliśmy się w trupa i takie tam 😉

Ale wracając do tematu, Takao-san (albo jak kto woli góra Takao) leży ok 90 min drogi pociągiem od stacji shibuya. Kawałek drogi jest, ale naprawdę warto, z tym drobnym zastrzeżeniem że nie w weekend. W tygodniu jest i tak sporo ludzi, ale mimo wszystko jest w miarę cicho spokojnie i nie depcze się po innych :)

Do wyboru mamy 3 tras podejścia wiodące od dolnej stacji kolejki, plus kilka krótszych szlaków będących rozgałęzieniami głównych ścieżek. Wchodząc wybraliśmy szlak nr 6 i była to bardzo dobra decyzja, widoków może nie było zbyt wiele za to las naprawdę robi wrażenie, zwłaszcza po tak długim czasie przebywania w ogromnym mieście, była to dla nas bardzo miła odmiana, miejsce gdzie nie ma prawie ludzi o budynkach nie wspominając. Nie wszystkie trasy jednak, są tak przyjazne, np. szlak nr 1 to po prostu utwardzona droga, którą na szczyt wjeżdżają samochodami pracownicy i zaopatrzenie. Dla tego schodząc najszybciej jak się dało uciekliśmy z niego na szlak nr 2, który łączy się później ze szlakiem 6 w okolicach wodospadu (czego niestety nie widać na mapce :( )

Ze szczytu rozciąga się piękny widok, a raczej widoki. Z jednej strony widzimy zalesione szczyty (a przy dobrej pogodzie również Fuji-san), a po drugiej bezkresne miasto.Dodatkową atrakcją jest znajdująca się na zboczu świątynia poświęcona Tengu, które nie należą do bardzo rozpowszechnionych bóstw (przynajmniej jeśli chodzi o świątynie im poświęcone).

Całkiem sporym zaskoczeniem jak dla mnie był fakt, że w tak odległym kraju również funkcjonuje kultura pozdrawiania się na szlaku gdy kogoś mijamy :) Dodatkową atrakcją dla mijających nas Japończyków, był Kubuś który postanowił wejść na górę bez butów (te wszystkie starsze Panie, które do niego zagadywały) :)

Co tam długo gadać polecam i pozdrawiam :)

(więcej…)

Dzień 24 – Maid cafe

Zjawisko w Polsce znane co najwyżej z filmów albo legend, kawiarnie z dziewczątkami (istnieją również wersje dla kobiet z ładnymi chłopcami, host cafe) ubranymi w stroje pokojówek, mundurkach szkolnych czy kto jaki tam fetysz zapewne ma.

Atmosfera takiego miejsca jest magiczna, przesłodzona i ciężka do opisania. Każdy podawany posiłek należy zaczarować, składając ręce w serduszko i wypowiadając „moe moe kyun”. Dodatkowo lody, które dostaliśmy były zwierzaczkami, a Kasia dostała sernik z bardzo ładnym rysunkiem misia na talerzyku. Do mnie i Jaqooba pokojówki się jakoś specjalnie nie zwracały (przynajmniej nie zwróciliśmy uwagi), za to Kasia została księżniczką 😀

W trakcie gdy sobie siedzieliśmy, jedliśmy i popijaliśmy, parę razy miałem wrażenie że zdarzyło się coś co zdarzyć się w normalnych warunkach nie powinno (np. meido przebiegająca z rozwiązaną sukienką, nic nie widać niby, ale każdy zbok wie że nieporadność i pewnego rodzaju nieogarnięcie jest słodkie, co nie?? XD). Obsługa zaplecza też jest starannie dobierana, są to wyłącznie ładni chłopcy i dziewczęta, które nie chcą czy z innych powodów nie mogą być meido.

Uroda dziewcząt była bardzo zróżnicowana, nie każda nam przypadła do gustu, ale większość z nich była całkiem spoko :) Przez naszą sale przewinęło się ich chyba 5 albo 6, pomimo, że obsługiwała nas dwójka. To też zapewne pewnego rodzaju potrzeba zaspokojenia oczekiwań klientów, którzy chcą nacieszyć oczy 😉

Wizyta w takim przybytku nie należy do tanich, 540 JPY za godzinę + obowiązkowe zamówienie, oczywiście najlepiej jeśli jest to pakiet np. lody, kawa i zdjęcie z obsługą, ~2200 JPY (w gratisie otrzymaliśmy breloczek),a nie jest to najdroższa opcja. Za całą tą przyjemność zapłaciliśmy łącznie prawie 8000 JPY.

Mi i Jaqoobowi się podobało, Kasia twierdzi, że rzygała tęczą, ale wyglądała jakby się całkiem nieźle bawiła.

Porównując maido cafe i AKB cafe, wygrywa chyba to pierwsze. Głównie ze względu na to, że więcej się tam dzieje, chociaż kibel w AKB wygrywa nagrodę dziwactwa naszego wyjazdu 😀 A mam wrażenie, że i tak trafiliśmy do maid cafe raczej kiepskawego i warto zrobić jakiś poważniejszy reserch przed wyborem kawiarni. Tak czy siak, nie zważając na pieniądze, warto zajrzeć, żeby poczuć magię i dziwność obu tych miejsc (nie ważne gdzie i kiedy się pójdzie).

Dzień 22 – Odaiba po raz drugi

Dzisiaj wybraliśmy się ponownie do Odaiby, bo poprzednim razem nie wszędzie wetknęliśmy nasze nosy 😀

Budynek Fuji TV, najciekawszy był dla nas chyba sklep ze stafem z anime, wydarzeń itp. emitowanych przez Fuji TV. Na 5 piętrze można było zobaczyć ekspozycje poświęconą programom telewizyjnym, zajrzeć do studia przez okna umieszczone pod samym ich sufitem i pooglądać różne inne pierdołki. Na samym dole znajdują się kawiarnie i automaty z kulkami (w środku z zabawką). Po za sklepami na uwagę zasługują schody ruchome 😀 Umieszczone na zewnątrz budynku, którymi wjeżdżamy na 7 piętro (najpierw na 5, przechodzimy kilka kroków i potem na samą górę).

Palette Town w którego skład wchodzą: MegaWeb, diabielski młyn, Venus Fort oraz Leisureland. Z diabelskiego młyna nie skorzystaliśmy bo wołaliśmy wybrać się na inny punkt widokowy tego dnia, ale to za chwilę.

MegaWeb jest to ekspozycja samochodów Toyoty, zarówno tych które aktualnie się poruszają po drogach jak i koncepcyjnych modeli oraz takich które wyjechały co najwyżej na tor wyścigowy. Dodatkowo była możliwość przejechania się na odpowiedniku segweya wyprodukowanego przez toyote, a jeśli ktoś posiada ważne w Japonii prawo jazdy może przejechać się całą gamą samochodów marki Toyota po torze który jest wpleciony w cały kompleks.

Venus Fort jest godne polecenia, a zwłaszcza 2 piętro tego centrum handlowego. Bardzo klimatyczne, stylizowane na weneckie (chyba) uliczki, kolumnady, niebo… ogólnie bardzo ciekawy efekt.

Leisureland to po prostu game center, w sumie zwyczajne z tą różnica że kręcą się tam cospleyrzy, może nie w zatrważających ilościach, ale powyżej średniej na pewno.

Na zakończenie tego pięknego dnia wybraliśmy się na punkt obowiązkowy w Tokyo, chyba najbardziej rozpoznawalny budynek, czyli Tokyo Tower. Z głównego tarasu widok jest przedni, ale to co widać ze specjalnego obserwatorium… super widok naprawdę, zwłaszcza w nocy, miasto po horyzont.

(więcej…)

Dzień 19 – zakupy

Dzisiaj w ramach odpoczynku posprzątaliśmy pokój i pojechaliśmy zwiedzać bookoffy :)

W sumie pomijając zakupy nic ciekawego nie robiliśmy. Wyniki na zdjęciach.

dzien19 - WP_20150930_002.jpg
dzien19 - WP_2015093...
dzien19 - WP_20150930_004.jpg
dzien19 - WP_2015093...

Jako że nie mam o czym pisać, bo nie zwiedzaliśmy (a raczej byliśmy w miejscach które już obchodziliśmy wcześniej), to kilka rad i objaśnień jakby ktoś chciał szukać używanych mang.

  • Jak do tej pory znaleźliśmy 2 sieci z używanymi mangami, Mandarake i Bookoff. Pierwszy jest zdecydowanie droższy chociaż zdaje nam się, że oferuje trochę nowsze rzeczy. Ceny zwykle są kaskadowe (pierwsze tomy (2-3 zwykle) po 100 , a ostatnie nawet po 500, w zależności jaka seria). Bookoff natomiast ma specjalne półki z mangami po 100 JPY, zwykle są to niekompletne serie, chociaż zdarzają się wyjątki. Większość porad tyczyć się będzie Bookoffów, ponieważ tych zwiedziliśmy najwięcej i tam spędziliśmy najwięcej czasu.
  • W mangach za 100 znajdziemy nie tylko standardowe tomiki, ale też wydania specjalne, powiększone, w twardej oprawie, zbiorcze itd.
  • Na wyprawę do sklepu dobrze się przygotować, sprawdzić jakie logo znajduje się na grzbiecie tomiku, ponieważ mangi ułożone są magazynami w jakim się ukazywały (ukazują), to bardzo przyśpiesza wyszukiwanie
  • Mangi są podzielone na kilka kategorii (podzielonych na normalne i te za 100), zaobserwowaliśmy podział (zgodnie oczywiście z magazynami w jakich się ukazują) na LN, shoujo, shounen, BL, hentai, wydania specjalne (np. zbiorcze albo w twardej oprawie), bardzo często podzielone piętrami. Występują też piętra z grami oraz figurkami, ale nad nimi się nie pochylaliśmy za bardzo
  • Różne sklepy tej samej sieci mają różny towar, który zmienia się co jakiś czas (półki są uzupełniane na bieżąco)
  • Warto przeglądać półki bo można natrafić na prawdziwe perełki (nie tyczy to pólek gdzie leża tasiemce bo tam są po prostu tasiemce i koniec, ale półka z wydaniami specjalnymi i artbookami to inna sprawa)
  • Zabierz ze sobą pusty plecak, przy przeciskaniu się pomiędzy ludźmi nie przeszkadza, a na wyjściu może ci być potrzebny 😉
  • Ostatnie i najważniejsze, pytaj obsługi (to tyczy się wielu innych miejsc, np. stacji kolejowej, sklepów itd.) może nie na wejściu, bo mają też inne obowiązki, ale jeśli nie możemy czegoś znaleźć to istnieje jeszcze szansa, że leży to gdzieś w miejscu który nie przyszło nam do głowy albo na zapleczu, w sklepach bardzo często panuje dosyć mocno rozwinięty chaos

A poniżej trochę zdjęć które powstały od początku naszego wyjazdu, ale zwykle trafiały na instagram albo wcale, bo robione były telefonem 😉

(więcej…)

Dzień 18 – Kyoto po raz ostatni i koniec JRPassa

Kasia została w łóżku, a my z Jaaqobem pojechaliśmy zobaczyć świątynie Fushimi Inari oraz Kyomizu Dera. Pierwsza znana z 4 kilometrowej ścieżki otoczonej tori. Druga jest obowiązkowym punktem każdego anime, gdzie bohaterowie jadą na wycieczkę do Kyoto.

Fushimi Inari jest tym piękniejsze im dalej się pójdzie, na samym dole ledwo można przepchnąć się przez ludzi którzy akurat po środku ścieżki postanawiają zrobić sobie zdjęcie nie zważając na to, że za nimi idą inni. Dalej zdarzają się momenty gdy nie widać nikogo przed nami, jest prawie zupełna cisza i można spokojnie maszerować w cieniu tori. Co jakiś czas na trasie umiejscowione są budynki, gdzie można kupić pamiątki i napoje. Na całej długości ścieżki rozsiane jest ok. 32000 bunsha (źródło wikipedia), małych świątyń będących całością większej świątyni, ciężko to mi, laikowi ładnie objaśnić. Zgrupowane są one co jakiś czas obok głównej ścieżki, żeby je zobaczyć trzeba odejść kilka kroków. Wszystko to sprawia, że miejsce jest naprawdę godne polecenia, zwłaszcza że całość zajmuje do 2 godzin, a można sobie skrócić wycieczkę i dojść do połowy ścieżki gdzie znajduje się punkt widokowy (ale to tylko opcja dla prawdziwych leni, bo warto zobaczyć całość).

W Kyomizu Dera nie da się już uwolnić od tłumów, choć nie są one tak strasznie dokuczliwe. Z głównego tarasu świątyni rozpościera się piękny widok na miasto i otaczające go góry. Sama świątynia robi bardzo dobre wrażenie, a gdy zaczną czerwienić się otaczające ją klony, musi to wyglądać powalająco.

Z racji, że zostało nam jeszcze trochę czasu zahaczyliśmy jeszcze o bookoff, w którym znalazłem kilka bardzo ciekawych artbooków :)

Był to za razem ostatni dzień naszych podróży, najbardziej zawiodły nas Osaka i Nara, najwięcej czasu spędziliśmy w Kyoto i pewnie jeszcze tam wrócimy w przyszłości, bo nie na wszystko co byśmy chcieli zobaczyć starczyło czasu. Teraz wracamy do zwiedzania Tokyo, ale najpierw zasłużony dzień odpoczynku i sprzątanie :)

I tym samym nadrobiłem codzienne wpisy na blogu :)

Obserwacja 1: Większość kobiet przebranych w kimona spacerujących po świątyniach to Chinki.

Obserwacja 2: Cytryny w Japonii są cholernie kwaśne (Kasia)

(więcej…)

Dzień 17 – Omijingu

Świątynia znana z mangi Chihayafuru, chyba najładniejsza i najspokojniejsza za razem, jaką mieliśmy okazje zwiedzać.

Jedyne miejsce gdzie można kupić omamori w kształcie karty karuty, przy okazji mogliśmy jak meiko (kapłanka) wyszywała wzór obrazka ręcznie. Zapewne ze względu na to, że dewocjonalia w naszym kraju są „made in china” zakładałem, ze tutejsze omamori są również produkowane maszynowo, a tu takie zdziwko bardzo pozytywne. Dodatkowo dostępne były omamori z grafiką z Chihayafuru, ale żadne z nas nie skusiło się na zakup, za to karta z poematem była zbyt dużą pokusą, żebyśmy z Jaaqobem mogli sobie odmówić, Kasia zainwestowała w talizman mający przynieść powodzenie w nauce, każda pomoc się przyda :)

Ponadto trafiliśmy na obchody (nie wiem czy można to tak nazwać) shichigosan, w dosyć nietypowej dacie, ponieważ normalnie odbywają się one 15 listopada. Jest to rodzinna uroczystość dla dzieci w wieku 3, 5 i 7 lat. Liczby te mają swoje numerologiczne znaczenie, a ponadto wiążą się z przełomowymi momentami życia dzieci w dawnej Japonii. Tradycyjnie do wieku 3 lat obowiązkowo golono dzieciom włosy na głowie, od tego czasu mogły one sobie swobodnie rosnąć :) W wieku 5 lat chłopiec po raz pierwszy mógł ubrać hakame, a dziewczynka w wieku 7 lat mogła założyć po raz pierwszy obi.

Postanowiliśmy przysiąść sobie z boczku i poobserwować co się dzieje, schemat przy każdej rodzinie był podobny. Odświętnie ubrane dziecko razem z rodzicami (czasami z dziadkami) przybywało do świątyni. Odbywała się mini sesja fotograficzna w bramie świątynnej, następnie razem z rodzicami ruszali po błogosławieństwo kapłana pod sam główny ołtarz. Kapłan odmawiał modlitwę prosząc o powodzenie i zdrowie w kolejnych latach życia (tak przynajmniej zrozumieliśmy z tego co dało się usłyszeć). Następnie cała rodzina szła zwiedzać świątynie.

W sumie po raz kolejny udało nam się znaleźć w dobrym miejscu, we właściwym czasie. Z jednej strony polecam gorąco, z drugiej cały urok i piękno tej świątyni może zniknąć, jeśli stał by się ona bardziej popularna, więc gdzieś w głębi serca mamy nadzieje, że tak się nie stanie i gdy tam po raz kolejny wrócimy, znów spotkamy tam tylko garstkę modlących się ludzi, spokój i ciszę.

Dzień musieliśmy trochę skrócić i wrócić wcześniej do Tokio, ponieważ Kasia dostała gorączki i źle się poczuła. Teraz leży smarcze i pokasłuje.

(więcej…)

Dzień 16 – Osaka podejście drugie (lekko poprawione)

Tym razem pojechaliśmy do Osaki z konkretnym planem i wiedzą którą nabyliśmy przy poprzedniej wizycie.

Jedyną sensowną atrakcjom którą udało nam się zwiedzić był zamek. Z zewnątrz potężna budowla w stylu japońskim, wewnątrz hmmm… nowoczesny budynek z windą, ładnymi drewnianymi podłogami i białymi ścianami, takie po prostu muzeum. Jakoś nie pasuje mi to do zamku. Ekspozycja rozrzucona na 7 pięter (budowla ma 8 ale między 5 a 7 jest loża na którą nie ma wstępu). Najciekawsza ekspozycja znajduje się na piętrach 3 i 4 (nie można tam robić zdjęć), znajduje się tam oręż i dokumenty z epoki. Jak dla mnie można spokojnie ograniczyć się do obejrzenia zamku z zewnątrz, nie pozostanie ten dziwny smutek w sercu.

Tak dla wyjaśnienia, zamek w 1945 r. spłonął i został odbudowany po wojnie, ale nawet nie próbowano go zrekonstruować tylko po prostu machnięto żelbetonową konstrukcje na starych fundamentach.

Zdecydowanie na plus natomiast były turniej tańca odbywający się przed zamkiem. Kilkanaście grup prezentowało swoje układy, jak zrozumieliśmy typowe dla tamtejszego matsuri. Nam udało się zobaczyć kilka, bo trzeba było jednak coś zwiedzić, a i temperatura nie zachęcała do staniu w miejscu 😉

Ogólnie może coś robiliśmy źle, ale Osaka zupełnie nam nie podpasowała, chyba pod żadnym względem, może poza urodą tamtejszych niewiast.

(więcej…)

Dzień 15 – Kyoto podejście pierwsze

Z Kioto jest ten problem, że jest ono strasznie rozległe. Część świątyń oczywiście jest blisko siebie (oczywiście zdecydowana większość płatna), za to te najważniejsze są od siebie oddalone 30-40 min jazdy autobusem (jeśli oczywiście nie trzeba się przesiadać). Na szczęście można kupić bilet dobowy dla turystów za 500 JPY (bilet jednorazowy to koszt 230 JPY).

Pierwszym miejscem które uznaliśmy za obowiązkowe była świątynia Kinkakuji, z bardzo charakterystycznym pawilonem pokrytym złotem. Ok ładne to jest, przepych jak najbardziej, ale nie zrobiło na nas to jakiegoś piorunującego wrażenia. Na zdjęciach prezentuje się bardziej okazale 😉 Otoczenie świątyni również bez jakiegoś wgniatania w ziemię. Tak czy siak warto na własne oczy obejrzeć, bo tak trochę głupio pominąć tak istotny zabytek.

Dalej przejechaliśmy do świątyni Tenryuji, tutaj zdecydowanie bardziej nam się podobało. Piękny staw z wodą lekko mętną, białą wodą, daje to bardzo ładny efekt lustra. W samej świątyni można obejrzeć obraz niebiańskiego smoka (nazwa świątyni zobowiązuje 😉 ) który wypada również na plus. Roślinność otaczająca świątynie była opisana na tabliczkach, więc jest to coś w rodzaju ogrodu botanicznego. Bezpośrednio z ogrodu można wyjść do lasu bambusowego, który jest bardzo klimatyczny, a w nocy musi robić jeszcze większe wrażenie (zwłaszcza, że zdarza się dość często że ktoś się zaszyje gdzieś w krzunach i straszy spacerowiczów), ale niestety nie dane nam było zaznać tej przyjemności. Zdecydowanym minusem dla lasu był płot ogradzający ścieżkę, który mi trochę psuł poczucie estetyki i przeszkadzał.

Jeśli chciało by się zobaczyć wszystkie świątynie w Kyoto, trzeba by było zostawić tam małą fortunę, ceny wahają się od 500 do 1000 JPY (a przynajmniej z takimi się spotkaliśmy). Tym razem chociaż nie zleźliśmy się jak głupi zupełnie bez sensu.

(więcej…)

Dzień 14 – Nagoya

Dzień raczej mało urodzajny w atrakcje, przynajmniej dla mnie, bo dzisiaj każdy poszedł w swoją stronę. Jaaqob pojechał do Kya-san, Kasia poszła na koncert Alice Nine, a ja się kręciłem bez jakiegoś większego sensu po Nagoyi.

Jedyną zaplanowaną i zaliczoną atrakcją było muzeum nauki, które średnio przypadło nam do gustu. Jest skierowane raczej do dzieci (których było całkiem sporo). Było kilka eksperymentów ciekawych do własnego przeprowadzenia, ale nic z czym nie spotkałbym się w szkole (oczywiście teoretycznie, bo jakie eksperymenty można niby w szkole przeprowadzić (przynajmniej za czasów jak do szkoły chodziłem)). Muzeum na Odaibie zdecydowanie lepsze.

Resztę dnia spędziłem na kręceniu się ulicami miasta, najpierw razem z Kasią, a potem samemu. Wyznaczyłem sobie co prawda cel gdzie chcę podążać, ale raczej na zasadzie a może trafie na coś ciekawego. No i się udało, idąc do Mandarake trafiłem na ulice handlową. Sama ulica jak to wiele, natomiast to co w sklepach to już inna bajka, znalazłem kilka ciekawych miejscówek. Sklep z grami, kontrolerami i konsolami nie młodszymi niż pierwsza odsłona Playstation. I chyba najciekawsze, dosyć duży sklep (chociaż zdaje się, że było to kilka sklepów ze zbliżonym asortymentem po prostu na jednej powierzchni handlowej) gdzie znaleźć można było takie cuda jak lampy tranzystorowe (i układy oparte na nich), płyty główne komputerów i innych urządzeń (wszystko sobie wisiało na sznurkach na ścianie), magnetofony, adaptery… jak dla mnie WOW. A na końcu ulicy znalazłem świątynie Hōshōinōsu-kannon (zupełnie nie mając tego w planach).

Po całym nabijaniu kilometrów, przysiadłem w Starbuniu, wypiłem kawę, uzupełniłem 2 dni na blogu, a potem poszedłem zgarnąć Kasie z koncertu i wróciliśmy do Tokyo.

(więcej…)

Dzień 13 – Matsumoto i Nagoya

Dzień ów zacząłem od spierdzielenia się ze schodów, 2 co prawda tylko, ale palec u nogi siny, dupa zbita i przed ramię też. W sumie najbardziej dokucza tyłek. Przy okazji narobiłem w cholerę hałasu o 6 rano bo przywaliłem nogą w przeszkolone drzwi (drzwi przetrwały nienaruszone, chyba…).

Na Matsumoto bardzo mocno nalegała Kasia, w między czasie Jaaqob poznał dziewczynę, która stamtąd pochodzi. I w sumie był to strzał w dziesiątkę, chyba jak do tej pory najprzyjemniejszy dzień jaki spędziliśmy w Japonii, głównie właśnie dzięki Ayace. Jedyne co mogło by być lepsze to pogoda, ale też nie ma co narzekać :)

Zwiedzanie zaczęliśmy od zamku. 5 kondygnacyjna budowla jest dobrze odrestaurowana i prezentuje się na tle gór po prostu wyśmienicie. Wchodząc do środka należy zdjąć buty, i wspiąć się na kilka bardzo wysokich stopni. Wewnątrz znajduję się muzeum, a przez okna można podziwiać widok na okoliczne góry (pogoda niestety w tym nie pomagała). Ekspozycja może nie robi wielkiego wrażenia, za to ja znalazłem dla siebie bardzo interesujący eksponat, kamienie do go :)

Po zwiedzaniu zostaliśmy zaproszeni na zaru shiro sobe (biała zimna soba, wytwarzana z wnętrza ziaren gryki, podawana ze specjalnym sosem), jest to miejscowy specjał, przy okazji dostaliśmy instrukcje jedzenia oraz dowiedzieliśmy się co w sumie jemy 😉 Aby zaznać pełnię szczęścia razem z Jaaqobem zamówiliśmy tempure, niebo w gębie. Na koniec dostaliśmy coś co w sumie nas dosyć mocno zdziwiło, dzbanek z wodą po gotowaniu makaronu. A po co to, na co to… otóż resztę sosu która dostaliśmy na samym początku, wlewamy do czarki, którą do tej pory wykorzystywaliśmy do maczania makaronu (nie za dużo), dolewamy ów wywar do momentu, aż osiągnie on jasno słomkową barwę i wypijamy. W smaku jest on lekko słonawy i słodkawy, w sumie zaskakująco dobry. Jest to bardzo lekkie danie (Kasia mówi, że jest to pierwsze danie tutaj którym się nie najadła, zwykle zostawia na talerzu bo nie jest w stanie skończyć), które nie zaspokaja głodu na długo, za to bardzo cieszy kubki smakowe.

Dalej mieliśmy dwie opcje, albo wybierzemy się do klubu na uniwersytecie na który uczęszcza Ayaka albo wybierzemy się do onsenu. Z racji tego, że do onsenu było kawał drogi, a do tego wszystkiego Ayaka powiedziała, że w klubie mają dużo mang i nikt jeszcze z naszych znajomych w żadnym tego typu miejscu nie był wybraliśmy klub. Z początku myśleliśmy że to jakiś klub otaku albo coś w tym stylu, okazało się że to coś w stylu klubu wycieczkowego (jeżdżącego na wycieczki, nie wiem jak to ładnie przetłumaczyć). Bardzo klimatyczna kanciapa (nie mam na to lepszego określenia) z całą masą wszelkiego rodzaju sprzętów, kilku konsol i kilkuset tomami mang (w śród nich: Nana, Hikaru no Go, Hoshi no samidare, GTO, Genshinken…). Wynalazłem tam też shiougi i dwa zestawy do mahjonga (w tym jeden do washizu). Przy okazji po raz pierwszy będąc w Japonii zagraliśmy właśnie w mahjonga <radość>.

Praktycznie na zakończenie wizyty w Matsumoto mieliśmy nowe doświadczenie, jazda autobusem, bilet pobieramy z automatu przy wejściu. Na owej kartce mamy numerek, odczytujemy z tablicy nad kierowcą kwotę do zapłacenia i wrzucamy ją gdy wysiadamy przy kierowcy do dziury, a w razie czego mamy jeszcze pod ręką rozmieniarkę pieniędzy, jakbyśmy potrzebowali drobnych. Szybko, łatwo i sprawnie.

Prawie całą drogę do nagoyi przespaliśmy i z racji tego, że dotarliśmy dosyć późno nie mieliśmy okazji nic zobaczyć. Za to mieliśmy okazjie obejrzeć telewizje w naszym tymczasowym lokum. Bardzo zresztą fajna miejscówka, blisko stacji shinkansenów i metra.

Obserwacja 1: Konduktor w shinkansenie zaznacza sobie osoby którym sprawdzał bilety, dzięki temu nie ma konieczności okazywania biletów po raz drugi (zakładam że działa to tylko w wagonach z rezerwacją).

Obserwacja 2: Nie dziwie się, że Japonia jest krajem zamkniętym na imigrantów (no może nie w 100%, ale jest ogólnie ciężko), wiele rzeczy opiera się na wzajemnym zaufaniu, np. wspomniany wyżej klub jest cały czas otwarty (pozostałe kluby chyba również), płacąc za autobus porostu wrzuca się kwotę, nikt tego nie sprawdza, nasz wczorajszy dzisiejszy gospodarz zostawił nam klucze, zamknięte w małym seifiko-kłudce ukrytej w szafce z licznikami itd.

(więcej…)