Nagoya

Dzień 14 – Nagoya

Dzień raczej mało urodzajny w atrakcje, przynajmniej dla mnie, bo dzisiaj każdy poszedł w swoją stronę. Jaaqob pojechał do Kya-san, Kasia poszła na koncert Alice Nine, a ja się kręciłem bez jakiegoś większego sensu po Nagoyi.

Jedyną zaplanowaną i zaliczoną atrakcją było muzeum nauki, które średnio przypadło nam do gustu. Jest skierowane raczej do dzieci (których było całkiem sporo). Było kilka eksperymentów ciekawych do własnego przeprowadzenia, ale nic z czym nie spotkałbym się w szkole (oczywiście teoretycznie, bo jakie eksperymenty można niby w szkole przeprowadzić (przynajmniej za czasów jak do szkoły chodziłem)). Muzeum na Odaibie zdecydowanie lepsze.

Resztę dnia spędziłem na kręceniu się ulicami miasta, najpierw razem z Kasią, a potem samemu. Wyznaczyłem sobie co prawda cel gdzie chcę podążać, ale raczej na zasadzie a może trafie na coś ciekawego. No i się udało, idąc do Mandarake trafiłem na ulice handlową. Sama ulica jak to wiele, natomiast to co w sklepach to już inna bajka, znalazłem kilka ciekawych miejscówek. Sklep z grami, kontrolerami i konsolami nie młodszymi niż pierwsza odsłona Playstation. I chyba najciekawsze, dosyć duży sklep (chociaż zdaje się, że było to kilka sklepów ze zbliżonym asortymentem po prostu na jednej powierzchni handlowej) gdzie znaleźć można było takie cuda jak lampy tranzystorowe (i układy oparte na nich), płyty główne komputerów i innych urządzeń (wszystko sobie wisiało na sznurkach na ścianie), magnetofony, adaptery… jak dla mnie WOW. A na końcu ulicy znalazłem świątynie Hōshōinōsu-kannon (zupełnie nie mając tego w planach).

Po całym nabijaniu kilometrów, przysiadłem w Starbuniu, wypiłem kawę, uzupełniłem 2 dni na blogu, a potem poszedłem zgarnąć Kasie z koncertu i wróciliśmy do Tokyo.

(więcej…)

Dzień 13 – Matsumoto i Nagoya

Dzień ów zacząłem od spierdzielenia się ze schodów, 2 co prawda tylko, ale palec u nogi siny, dupa zbita i przed ramię też. W sumie najbardziej dokucza tyłek. Przy okazji narobiłem w cholerę hałasu o 6 rano bo przywaliłem nogą w przeszkolone drzwi (drzwi przetrwały nienaruszone, chyba…).

Na Matsumoto bardzo mocno nalegała Kasia, w między czasie Jaaqob poznał dziewczynę, która stamtąd pochodzi. I w sumie był to strzał w dziesiątkę, chyba jak do tej pory najprzyjemniejszy dzień jaki spędziliśmy w Japonii, głównie właśnie dzięki Ayace. Jedyne co mogło by być lepsze to pogoda, ale też nie ma co narzekać :)

Zwiedzanie zaczęliśmy od zamku. 5 kondygnacyjna budowla jest dobrze odrestaurowana i prezentuje się na tle gór po prostu wyśmienicie. Wchodząc do środka należy zdjąć buty, i wspiąć się na kilka bardzo wysokich stopni. Wewnątrz znajduję się muzeum, a przez okna można podziwiać widok na okoliczne góry (pogoda niestety w tym nie pomagała). Ekspozycja może nie robi wielkiego wrażenia, za to ja znalazłem dla siebie bardzo interesujący eksponat, kamienie do go :)

Po zwiedzaniu zostaliśmy zaproszeni na zaru shiro sobe (biała zimna soba, wytwarzana z wnętrza ziaren gryki, podawana ze specjalnym sosem), jest to miejscowy specjał, przy okazji dostaliśmy instrukcje jedzenia oraz dowiedzieliśmy się co w sumie jemy 😉 Aby zaznać pełnię szczęścia razem z Jaaqobem zamówiliśmy tempure, niebo w gębie. Na koniec dostaliśmy coś co w sumie nas dosyć mocno zdziwiło, dzbanek z wodą po gotowaniu makaronu. A po co to, na co to… otóż resztę sosu która dostaliśmy na samym początku, wlewamy do czarki, którą do tej pory wykorzystywaliśmy do maczania makaronu (nie za dużo), dolewamy ów wywar do momentu, aż osiągnie on jasno słomkową barwę i wypijamy. W smaku jest on lekko słonawy i słodkawy, w sumie zaskakująco dobry. Jest to bardzo lekkie danie (Kasia mówi, że jest to pierwsze danie tutaj którym się nie najadła, zwykle zostawia na talerzu bo nie jest w stanie skończyć), które nie zaspokaja głodu na długo, za to bardzo cieszy kubki smakowe.

Dalej mieliśmy dwie opcje, albo wybierzemy się do klubu na uniwersytecie na który uczęszcza Ayaka albo wybierzemy się do onsenu. Z racji tego, że do onsenu było kawał drogi, a do tego wszystkiego Ayaka powiedziała, że w klubie mają dużo mang i nikt jeszcze z naszych znajomych w żadnym tego typu miejscu nie był wybraliśmy klub. Z początku myśleliśmy że to jakiś klub otaku albo coś w tym stylu, okazało się że to coś w stylu klubu wycieczkowego (jeżdżącego na wycieczki, nie wiem jak to ładnie przetłumaczyć). Bardzo klimatyczna kanciapa (nie mam na to lepszego określenia) z całą masą wszelkiego rodzaju sprzętów, kilku konsol i kilkuset tomami mang (w śród nich: Nana, Hikaru no Go, Hoshi no samidare, GTO, Genshinken…). Wynalazłem tam też shiougi i dwa zestawy do mahjonga (w tym jeden do washizu). Przy okazji po raz pierwszy będąc w Japonii zagraliśmy właśnie w mahjonga <radość>.

Praktycznie na zakończenie wizyty w Matsumoto mieliśmy nowe doświadczenie, jazda autobusem, bilet pobieramy z automatu przy wejściu. Na owej kartce mamy numerek, odczytujemy z tablicy nad kierowcą kwotę do zapłacenia i wrzucamy ją gdy wysiadamy przy kierowcy do dziury, a w razie czego mamy jeszcze pod ręką rozmieniarkę pieniędzy, jakbyśmy potrzebowali drobnych. Szybko, łatwo i sprawnie.

Prawie całą drogę do nagoyi przespaliśmy i z racji tego, że dotarliśmy dosyć późno nie mieliśmy okazji nic zobaczyć. Za to mieliśmy okazjie obejrzeć telewizje w naszym tymczasowym lokum. Bardzo zresztą fajna miejscówka, blisko stacji shinkansenów i metra.

Obserwacja 1: Konduktor w shinkansenie zaznacza sobie osoby którym sprawdzał bilety, dzięki temu nie ma konieczności okazywania biletów po raz drugi (zakładam że działa to tylko w wagonach z rezerwacją).

Obserwacja 2: Nie dziwie się, że Japonia jest krajem zamkniętym na imigrantów (no może nie w 100%, ale jest ogólnie ciężko), wiele rzeczy opiera się na wzajemnym zaufaniu, np. wspomniany wyżej klub jest cały czas otwarty (pozostałe kluby chyba również), płacąc za autobus porostu wrzuca się kwotę, nikt tego nie sprawdza, nasz wczorajszy dzisiejszy gospodarz zostawił nam klucze, zamknięte w małym seifiko-kłudce ukrytej w szafce z licznikami itd.

(więcej…)