Kyoto

Dzień 18 – Kyoto po raz ostatni i koniec JRPassa

Kasia została w łóżku, a my z Jaaqobem pojechaliśmy zobaczyć świątynie Fushimi Inari oraz Kyomizu Dera. Pierwsza znana z 4 kilometrowej ścieżki otoczonej tori. Druga jest obowiązkowym punktem każdego anime, gdzie bohaterowie jadą na wycieczkę do Kyoto.

Fushimi Inari jest tym piękniejsze im dalej się pójdzie, na samym dole ledwo można przepchnąć się przez ludzi którzy akurat po środku ścieżki postanawiają zrobić sobie zdjęcie nie zważając na to, że za nimi idą inni. Dalej zdarzają się momenty gdy nie widać nikogo przed nami, jest prawie zupełna cisza i można spokojnie maszerować w cieniu tori. Co jakiś czas na trasie umiejscowione są budynki, gdzie można kupić pamiątki i napoje. Na całej długości ścieżki rozsiane jest ok. 32000 bunsha (źródło wikipedia), małych świątyń będących całością większej świątyni, ciężko to mi, laikowi ładnie objaśnić. Zgrupowane są one co jakiś czas obok głównej ścieżki, żeby je zobaczyć trzeba odejść kilka kroków. Wszystko to sprawia, że miejsce jest naprawdę godne polecenia, zwłaszcza że całość zajmuje do 2 godzin, a można sobie skrócić wycieczkę i dojść do połowy ścieżki gdzie znajduje się punkt widokowy (ale to tylko opcja dla prawdziwych leni, bo warto zobaczyć całość).

W Kyomizu Dera nie da się już uwolnić od tłumów, choć nie są one tak strasznie dokuczliwe. Z głównego tarasu świątyni rozpościera się piękny widok na miasto i otaczające go góry. Sama świątynia robi bardzo dobre wrażenie, a gdy zaczną czerwienić się otaczające ją klony, musi to wyglądać powalająco.

Z racji, że zostało nam jeszcze trochę czasu zahaczyliśmy jeszcze o bookoff, w którym znalazłem kilka bardzo ciekawych artbooków :)

Był to za razem ostatni dzień naszych podróży, najbardziej zawiodły nas Osaka i Nara, najwięcej czasu spędziliśmy w Kyoto i pewnie jeszcze tam wrócimy w przyszłości, bo nie na wszystko co byśmy chcieli zobaczyć starczyło czasu. Teraz wracamy do zwiedzania Tokyo, ale najpierw zasłużony dzień odpoczynku i sprzątanie :)

I tym samym nadrobiłem codzienne wpisy na blogu :)

Obserwacja 1: Większość kobiet przebranych w kimona spacerujących po świątyniach to Chinki.

Obserwacja 2: Cytryny w Japonii są cholernie kwaśne (Kasia)

(więcej…)

Dzień 17 – Omijingu

Świątynia znana z mangi Chihayafuru, chyba najładniejsza i najspokojniejsza za razem, jaką mieliśmy okazje zwiedzać.

Jedyne miejsce gdzie można kupić omamori w kształcie karty karuty, przy okazji mogliśmy jak meiko (kapłanka) wyszywała wzór obrazka ręcznie. Zapewne ze względu na to, że dewocjonalia w naszym kraju są „made in china” zakładałem, ze tutejsze omamori są również produkowane maszynowo, a tu takie zdziwko bardzo pozytywne. Dodatkowo dostępne były omamori z grafiką z Chihayafuru, ale żadne z nas nie skusiło się na zakup, za to karta z poematem była zbyt dużą pokusą, żebyśmy z Jaaqobem mogli sobie odmówić, Kasia zainwestowała w talizman mający przynieść powodzenie w nauce, każda pomoc się przyda :)

Ponadto trafiliśmy na obchody (nie wiem czy można to tak nazwać) shichigosan, w dosyć nietypowej dacie, ponieważ normalnie odbywają się one 15 listopada. Jest to rodzinna uroczystość dla dzieci w wieku 3, 5 i 7 lat. Liczby te mają swoje numerologiczne znaczenie, a ponadto wiążą się z przełomowymi momentami życia dzieci w dawnej Japonii. Tradycyjnie do wieku 3 lat obowiązkowo golono dzieciom włosy na głowie, od tego czasu mogły one sobie swobodnie rosnąć :) W wieku 5 lat chłopiec po raz pierwszy mógł ubrać hakame, a dziewczynka w wieku 7 lat mogła założyć po raz pierwszy obi.

Postanowiliśmy przysiąść sobie z boczku i poobserwować co się dzieje, schemat przy każdej rodzinie był podobny. Odświętnie ubrane dziecko razem z rodzicami (czasami z dziadkami) przybywało do świątyni. Odbywała się mini sesja fotograficzna w bramie świątynnej, następnie razem z rodzicami ruszali po błogosławieństwo kapłana pod sam główny ołtarz. Kapłan odmawiał modlitwę prosząc o powodzenie i zdrowie w kolejnych latach życia (tak przynajmniej zrozumieliśmy z tego co dało się usłyszeć). Następnie cała rodzina szła zwiedzać świątynie.

W sumie po raz kolejny udało nam się znaleźć w dobrym miejscu, we właściwym czasie. Z jednej strony polecam gorąco, z drugiej cały urok i piękno tej świątyni może zniknąć, jeśli stał by się ona bardziej popularna, więc gdzieś w głębi serca mamy nadzieje, że tak się nie stanie i gdy tam po raz kolejny wrócimy, znów spotkamy tam tylko garstkę modlących się ludzi, spokój i ciszę.

Dzień musieliśmy trochę skrócić i wrócić wcześniej do Tokio, ponieważ Kasia dostała gorączki i źle się poczuła. Teraz leży smarcze i pokasłuje.

(więcej…)

Dzień 15 – Kyoto podejście pierwsze

Z Kioto jest ten problem, że jest ono strasznie rozległe. Część świątyń oczywiście jest blisko siebie (oczywiście zdecydowana większość płatna), za to te najważniejsze są od siebie oddalone 30-40 min jazdy autobusem (jeśli oczywiście nie trzeba się przesiadać). Na szczęście można kupić bilet dobowy dla turystów za 500 JPY (bilet jednorazowy to koszt 230 JPY).

Pierwszym miejscem które uznaliśmy za obowiązkowe była świątynia Kinkakuji, z bardzo charakterystycznym pawilonem pokrytym złotem. Ok ładne to jest, przepych jak najbardziej, ale nie zrobiło na nas to jakiegoś piorunującego wrażenia. Na zdjęciach prezentuje się bardziej okazale 😉 Otoczenie świątyni również bez jakiegoś wgniatania w ziemię. Tak czy siak warto na własne oczy obejrzeć, bo tak trochę głupio pominąć tak istotny zabytek.

Dalej przejechaliśmy do świątyni Tenryuji, tutaj zdecydowanie bardziej nam się podobało. Piękny staw z wodą lekko mętną, białą wodą, daje to bardzo ładny efekt lustra. W samej świątyni można obejrzeć obraz niebiańskiego smoka (nazwa świątyni zobowiązuje 😉 ) który wypada również na plus. Roślinność otaczająca świątynie była opisana na tabliczkach, więc jest to coś w rodzaju ogrodu botanicznego. Bezpośrednio z ogrodu można wyjść do lasu bambusowego, który jest bardzo klimatyczny, a w nocy musi robić jeszcze większe wrażenie (zwłaszcza, że zdarza się dość często że ktoś się zaszyje gdzieś w krzunach i straszy spacerowiczów), ale niestety nie dane nam było zaznać tej przyjemności. Zdecydowanym minusem dla lasu był płot ogradzający ścieżkę, który mi trochę psuł poczucie estetyki i przeszkadzał.

Jeśli chciało by się zobaczyć wszystkie świątynie w Kyoto, trzeba by było zostawić tam małą fortunę, ceny wahają się od 500 do 1000 JPY (a przynajmniej z takimi się spotkaliśmy). Tym razem chociaż nie zleźliśmy się jak głupi zupełnie bez sensu.

(więcej…)