Japonia

Dzień 13 – Matsumoto i Nagoya

Dzień ów zacząłem od spierdzielenia się ze schodów, 2 co prawda tylko, ale palec u nogi siny, dupa zbita i przed ramię też. W sumie najbardziej dokucza tyłek. Przy okazji narobiłem w cholerę hałasu o 6 rano bo przywaliłem nogą w przeszkolone drzwi (drzwi przetrwały nienaruszone, chyba…).

Na Matsumoto bardzo mocno nalegała Kasia, w między czasie Jaaqob poznał dziewczynę, która stamtąd pochodzi. I w sumie był to strzał w dziesiątkę, chyba jak do tej pory najprzyjemniejszy dzień jaki spędziliśmy w Japonii, głównie właśnie dzięki Ayace. Jedyne co mogło by być lepsze to pogoda, ale też nie ma co narzekać :)

Zwiedzanie zaczęliśmy od zamku. 5 kondygnacyjna budowla jest dobrze odrestaurowana i prezentuje się na tle gór po prostu wyśmienicie. Wchodząc do środka należy zdjąć buty, i wspiąć się na kilka bardzo wysokich stopni. Wewnątrz znajduję się muzeum, a przez okna można podziwiać widok na okoliczne góry (pogoda niestety w tym nie pomagała). Ekspozycja może nie robi wielkiego wrażenia, za to ja znalazłem dla siebie bardzo interesujący eksponat, kamienie do go :)

Po zwiedzaniu zostaliśmy zaproszeni na zaru shiro sobe (biała zimna soba, wytwarzana z wnętrza ziaren gryki, podawana ze specjalnym sosem), jest to miejscowy specjał, przy okazji dostaliśmy instrukcje jedzenia oraz dowiedzieliśmy się co w sumie jemy 😉 Aby zaznać pełnię szczęścia razem z Jaaqobem zamówiliśmy tempure, niebo w gębie. Na koniec dostaliśmy coś co w sumie nas dosyć mocno zdziwiło, dzbanek z wodą po gotowaniu makaronu. A po co to, na co to… otóż resztę sosu która dostaliśmy na samym początku, wlewamy do czarki, którą do tej pory wykorzystywaliśmy do maczania makaronu (nie za dużo), dolewamy ów wywar do momentu, aż osiągnie on jasno słomkową barwę i wypijamy. W smaku jest on lekko słonawy i słodkawy, w sumie zaskakująco dobry. Jest to bardzo lekkie danie (Kasia mówi, że jest to pierwsze danie tutaj którym się nie najadła, zwykle zostawia na talerzu bo nie jest w stanie skończyć), które nie zaspokaja głodu na długo, za to bardzo cieszy kubki smakowe.

Dalej mieliśmy dwie opcje, albo wybierzemy się do klubu na uniwersytecie na który uczęszcza Ayaka albo wybierzemy się do onsenu. Z racji tego, że do onsenu było kawał drogi, a do tego wszystkiego Ayaka powiedziała, że w klubie mają dużo mang i nikt jeszcze z naszych znajomych w żadnym tego typu miejscu nie był wybraliśmy klub. Z początku myśleliśmy że to jakiś klub otaku albo coś w tym stylu, okazało się że to coś w stylu klubu wycieczkowego (jeżdżącego na wycieczki, nie wiem jak to ładnie przetłumaczyć). Bardzo klimatyczna kanciapa (nie mam na to lepszego określenia) z całą masą wszelkiego rodzaju sprzętów, kilku konsol i kilkuset tomami mang (w śród nich: Nana, Hikaru no Go, Hoshi no samidare, GTO, Genshinken…). Wynalazłem tam też shiougi i dwa zestawy do mahjonga (w tym jeden do washizu). Przy okazji po raz pierwszy będąc w Japonii zagraliśmy właśnie w mahjonga <radość>.

Praktycznie na zakończenie wizyty w Matsumoto mieliśmy nowe doświadczenie, jazda autobusem, bilet pobieramy z automatu przy wejściu. Na owej kartce mamy numerek, odczytujemy z tablicy nad kierowcą kwotę do zapłacenia i wrzucamy ją gdy wysiadamy przy kierowcy do dziury, a w razie czego mamy jeszcze pod ręką rozmieniarkę pieniędzy, jakbyśmy potrzebowali drobnych. Szybko, łatwo i sprawnie.

Prawie całą drogę do nagoyi przespaliśmy i z racji tego, że dotarliśmy dosyć późno nie mieliśmy okazji nic zobaczyć. Za to mieliśmy okazjie obejrzeć telewizje w naszym tymczasowym lokum. Bardzo zresztą fajna miejscówka, blisko stacji shinkansenów i metra.

Obserwacja 1: Konduktor w shinkansenie zaznacza sobie osoby którym sprawdzał bilety, dzięki temu nie ma konieczności okazywania biletów po raz drugi (zakładam że działa to tylko w wagonach z rezerwacją).

Obserwacja 2: Nie dziwie się, że Japonia jest krajem zamkniętym na imigrantów (no może nie w 100%, ale jest ogólnie ciężko), wiele rzeczy opiera się na wzajemnym zaufaniu, np. wspomniany wyżej klub jest cały czas otwarty (pozostałe kluby chyba również), płacąc za autobus porostu wrzuca się kwotę, nikt tego nie sprawdza, nasz wczorajszy dzisiejszy gospodarz zostawił nam klucze, zamknięte w małym seifiko-kłudce ukrytej w szafce z licznikami itd.

(więcej…)

Dzień 12 – Nara i Osaka

Pierwszy dzień podróżowania rozpoczął się o nieludzkiej porze, 4:30, ok. 9 byliśmy już jakieś 500km dalej w Narze. Shinkanseny są mega, Kasia nabawiła się lekkiej choroby lokomcyjnej, 290 km/h to nie przelewki. Miejsca jest na tyle dużo że każdy może się spokojnie rozłożyć na fotelu nie przeszkadzając osobie z tyłu. Jedyna rada, na godziny popołudniowe warto rezerwować miejscówki, bo w drodze powrotnej przez jakiś czas musieliśmy stać, a rezerwacja jest darmowa, należy tylko udać się do biura JR.

Jelonki zweryfikowały Kasi miłość do nich, teraz chodzi i mówi „gdyby nie jelonki to było by fajnie”. Problem z tym tałatajstwem jest taki że sra i szczy wszędzie, jest tak rozleniwione że nawet w tym celu nie wstaje z ziemi, a na jedzeniu śpi, jakby nagle turyści przestali je karmić nie wiedziały by pewnie gdzie znaleźć pożywienie. Pamiętajcie jelonki to zło.

Najważniejsze co mieliśmy do zobaczenia w Narze to Świątynia Todaji. Ogromna brama (wszędzie te szkodniki sic!), ogromna świątynia (do której ostatecznie nie weszliśmy, bo w sumie świątynie są bardzo podobne, a widzieliśmy już chyba z 20, a jesteśmy polaczkami jakby nie patrzyć jak trzeba płacić to my nie chcemy 😀 Najfajniejsze i tak w tym wszystkim były zabudowania w około głównej świątyni. Tam gdzie zagląda może 5% turytów zawsze kryje się coś ciekawego 😀 Wdrapaliśmy się na wzgórze na prawo od Tobaji i w nagrodę mogliśmy napić się darmowej wody i herbaty (należ tylko po sobie umyć czarkę) do tego nagrodą były bardzo ładne widoki na okoliczne góry (w sumie to nawet ważniejsze) :) Z racji tego że czas nas gonił musieliśmy wracać na stacje i ruszać dalej.

Po godzinie byliśmy już w Osace, gdzie postanowiliśmy po prostu się przejść nic konkretnego nie zwiedzając i licząc że trafimy na coś ciekawego jak to zwykle nam się zdarzało. Niestety przeliczyliśmy się, a powodów jest kilka, dni wolne w Japonii (w Tokio nikt za bardzo się nimi nie przejmuje), Osaka jest bardzo rozległa, azymut który obraliśmy był zły, a może jeszcze coś innego. Ogólnie nie mogliśmy się odnaleźć w Osace, jest jakaś inna, np. teraz jak to piszę siedzę sobie w Nagoi (dwa dni później po wizycie w Osace) i tutaj nie miałem problemu żeby znaleźć fajne miejsce porostu idąc przed siebie, a w Osace nawet nie za bardzo mogliśmy znaleźć otwartą restauracje i skończyliśmy w McDonaldzie. Nasza pierwsza wizyta w tym mieście okazała się niewypałem. Z plusów, w Osace są ładniejsze dziewczęta (i mają w większości proste zęby), a przynajmniej na takie trafiliśmy. Zdaje się nam też, że w Osace jest więcej dużych sklepów, nie jest tak wszystko upchane jak w Tokyo, ale to są tylko wnioski po pół dnia obecności w tym mieście.

(więcej…)

Dzień 11 – Shinjuku Gyoen (opóźnienia ;( )

Mam małe problemy z komputerem, ale obiecuje że nadrobię zaległości, mam wszystko pospisywane w zeszyciku i nie powinienem o niczym zapomnieć. :(

Zwłaszcza że dzisiaj byliśmy w Narze i Osace, a jutro Matsumoto i Nagoia. Dzisiaj wpis będzie bardzo krótki, ale postaram się go potem uzupełnić jakimś dodatkowymi informacjami.

Dzień 11 był takim lekkim odpoczynkiem przed rozpoczęciem wojaży po całej Japonii, w związku z tym wiele nie mieliśmy w planach.

Pierwsze kroki na shinjuku skierowaliśmy do Book-offu, każdy znalazł coś dla siebie, tradycyjnie najwięcej nakupował Jaaqob.

Potem poszliśmy do Shinjuku Gyoen, dużego parku, porośniętego różnorodną roślinnością, który jest miejscem wypoczynku wielu mieszkańców. Wylegują się oni na trawie albo ławkach (zwłaszcza pary gdzie jedno śpi na kolanach drugiego w dowolnej konfiguracji), spacerują, urządzają pikniki, właściwie nie ma ani jednego pustego miejsca. Niestety nie udało nam się zajrzeć w każdy kąt, bo park jest otwarty tylko do godziny 17 :( Ale to co zobaczyliśmy wystarczy żeby miło wspominać to miejsce. Gdy już wszyscy zbierali się do wyjścia, z głośników grała bardzo przyjemna, nastrojowa melodia.

Obserwacja 1: Japończycy mają całą masę napojów z wysoką zawartością witaminy C, nawet 1000mg, dostępne są one we wszystkich możliwych punktach sprzedaży (automaty, konbini, markety…)

(więcej…)

Dzień 10 – Mecz

Dzisiaj z Kubusiem spędziliśmy cały dzień w Yoyogi National Gymnasium, na Pucharze Świata w siatkówce. Pierwszą rzeczą która nas zaskoczyła, był brak jakiejkolwiek kontroli (poza biletami rzecz jasna), drugą to nasze miejsca (jak sprawdziłem na planie to na 1 piętrze nie było naszego miejsca G-5-1 i G-5-2, w tym miejscu jest wejście na hale). Okazało się, że nasze miejsca są na dostawianych tybunach, a więc mieliśmy genialne miejsca, 5 rzędów od boiska kawałek za linia końcową. Do tego wszystkiego wyszło tak, że grały ze sobą drużyny które zajmowały odpowiedni miejsca 1 vs 2, 3 vs 4 i 5 vs 6, lepszego dnia nie mogliśmy sobie wybrać na mecz.

Mecz pierwszy Rosja – Włochy (0:3), było raczej spokojni, rosjscy kibice trochę pokrzyczeli pod koniec 2 seta, ale na niewiele im się to zdało bo przegrali. Była może 1/3 sali.

Prawdziwa zabawa zaczęła się przed meczem Japonia – Argentyna (0:3). Jakoś godzinę przed pierwszym gwizdkiem zaczęła się nauka układów, odpowiedniego klaskania i ogólne programowanie ludzi jak mają się zachowywać, wszystko prowadzone przez (chyba) jakiegoś celebryte + gościa z różową kulką zamiast głowy. Do tego wszystkiego występ grupy Sexy Zone (źródło YT, bo nie wolno było nagrywać :( )

Podczas samego meczu, w najwyższych rzędach w widocznym miejscu, umiejscowiona była grupa prowadząca cały doping składająca się z 2 gości pokazujących tabliczki oraz gościa z taiko wybijającego rytm. Jeśli ktoś by nie dostrzegł panów z kartonikami, mógłby nawet uwierzyć że ci wszyscy ludzie tak sami z siebie. Zdecydowana większość kibiców była wyposażona w coś co nazwaliśmy „klaskaczki” 2 podłużne baloniki, które służyły do „klaskania”, działa to o tyle fajnie że nie bolą ręce, hałas jest odpowiedni.

Mecz tak jak poprzedni raczej bez emocji, ale zdecydowanie z lepszą atmosferą, bo kibicie dawali wszystko na swój zorganizowany i wyreżyserowany sposób, bardzo ciekawie było w tym wszystkim uczestniczyć.

NIPPON CHA CHA CHA… NIPPON CHA CHA CHA…

Ostatni miecz i prawdziwe emocje dla wszystkich polaków zgromadzonych w hali, ok. 20-30 osób może, porozrzucane po całej hali (bodajże mieszczącej 14000 kibiców). I te właśnie 20-30 osób było słychać, wszystkich razem i każdego z osobna. Od czasu do czasu odezwali się kibice amerykańscy, ale był to zdecydowanie mniej intensywny doping niż dla naszej reprezentacji. Cieszyliśmy się z każdego punktu jakby to był ten ostatni.

Bywałem na meczach w Polsce, ale atmosfera na meczu, gdzie garstka kibiców przebija się na tak ogromnej przestrzeni, jest zupełnie inna niż rycząca 13000 czy 15000 publiczność. Ma się wrażenie, że właśnie ciebie słyszą zawodnicy, pomijam już fakt, że jeden z członków ekipy czasami pobudzał nas do głośniejszego kibicowania, a sami Japończycy spoglądali na nas z podziwem (przynajmniej tak nam się wydaje), a Pani z córką które obok nas siedziały, przybiły z nami piątkę. Styl kibicowania w Polsce jest spontaniczny głośniejszy i bardziej ekspresyjny, Japończycy siedzą, klaszczą i coś tam sobie mruczą pod nosem, a my jak już krzykniemy to tak żeby było nas słychać. Jeśli ktoś ma okazje pojawić się na meczu naszej reprezentacji siatkówki za granicą (zwłaszcza gdy gramy z drużyną nie będącą gospodarzem) to naprawdę polecam, bardzo miłe doświadczenie.

Sam mecz, pełen emocji, pełen zaangażowania zarówno na boisko jak i trybunach, resztę polecam przeżyć samemu przed telewizorem, choć nie będzie już to samo. Jeszcze długo będę wspominał ten dzień. Jaaqob jest równie zachwycony i chce więcej.

Jutro dzień odpoczynku, przed tygodniem jeżdżenia po Japonii.

(więcej…)

Dzień 9 – Matsuri w Nezu-jinja

Dzisiaj właściwie nie zwiedzaliśmy, najpierw spotkaliśmy się z Modrzewiem który podrzucił nam kilka fajnych miejsc do zwiedzenia, a potem ruszyliśmy do Nezu-jinja, bo wieść gminna głosiła, że odbywa się tam matsuri (festiwal), po drodze zahaczyliśmy jeszcze o stragany z ceramiką wystawione po środku parku w Ueno, gdzie spróbowaliśmy Amazake (słodki napój z fermentowanego ryżu), spróbować można (a nawet trzeba) ale nie zostaliśmy fanami oraz zwiedziliśmy świątynie Kaneiji.

Pomimo, że Nezu-jinja jest małą świątynią (poświęconą kitsune (lis)), matsuri cieszyło się dużym zainteresowaniem, zarówno wśród Japończyków jak i obcokrajowców. Ciekawi mnie teraz jak wyglądają matsuri w naprawdę dużych świątyniach. Wszędzie biegała masa bawiących się dzieci, spacerowali dorośli (dzieci zresztą też) w yukatach, klimat taki jak być powinien i taki jak sobie wyobrażałem. Sama świątynia chyba jedna z ładniejszych jaką mieliśmy okazje odwiedzić (ogromny plus za ścieżkę z tori, film na dole). Duże wrażenie robił pochód (właściwie nie wiem jak to nazwać, jak tylko dowiem się poprawnej nazwy to uzupełnię :( ), które następnie ruszyły ulicami miast w różnych kierunkach.

Cała masa stoisk z jedzeniem (okonomiyaki, takoyaki, yakisoba, yakitori, ikayaki, osakayaki, kakigoori i jeszcze trochę) i typowymi zabawami (łapanie rybek albo zabawek, zestrzeliwanie fantów z pistoletów na korek…). Udało nam się spróbować wszystkich wypisanych powyżej potraw, największy problem z nimi jest taki, że żadne nie wybijało się ponad inne (kakigoori wyłączone z konkurencji bo to lody), wszystkie podawane były z tym samym sosem, z tą samą rybną posypką i różniły się tylko konsystencją i drobnymi szczegółami (np. okonomiyaki dostaliśmy z jajkiem i yakisobą w środku). Jeśli miałbym wybierać to najciekawsze i najbardziej wyraziste było osakayaki, w sumie potrawa nam zupełnie nie znana do dzisiaj, składa się z całego jajka smażonego wraz z warzywami i to chyba właśnie przez jajko zapadła nam jakoś głębiej w pamięć.

Piliśmy dzisiaj japońskie piwo, wydaje mi się lepsze niż te, które dostępne jest na naszym rynku, a sygnowane jest przez japońskie koncerny, ale nadal co polskie to polskie. Przy okazji piwo tutaj jest strasznie drogie, puszka 0.35 to koszt ok 6,50 PLN, a 0.5 w okolicach 9 PLN. Lepiej i w sumie smaczniej kupić sobie „Stronga” (drink gazowany, 9% alkoholu) za ~6-7 PLN (za 0.5) i smaczniejszy i mocniejszy od piwa.

Jutro z Jaqoobem na mecze Pucharu Świata w siatkówce mężczyzn Rosja – Włochy, Japonia – Argentyna oraz najważniejsze Polska – USA. A Kasia jeszcze nie zdecydowała co chce robić.

Obserwacja 1: Toalety są w wielu miejscach brudne i śmierdzące, zwłaszcza przy świątyniach i parkach. Właściwie nie istnieje instytucja suszarki do rąk (na pewno poniżej 50% toalet jest w takowe wyposażone) albo ręczników papierowych (jeszcze ani razu się nie spotkałem).

(więcej…)

Dzień 8 – Tsukiji, Asakusa i Ginza

Dzisiaj wyjątkowo bez śniadania w domu, wyjątkowo dużo miejsc i wyjątkowo dużo różnego jedzenia.

Śniadanie zjedliśmy na targu Tsukiji, na dobry początek świeże mochi z truskawką (opcjonalnie z winogronem albo brzoskwinią) (300 JPP), potem po 2 nikumankuny (100 JPY szt.), a na koniec sushi (wyszło ok 1000 JPY na głowę, ale to tak spokojnie raczej dla smaku, a nie żeby się napchać) do tego wypiliśmy butelkę sake Aiduchyuujiou (podobno ogłoszone najlepszym sake roku). Tsukiji jest w ogóle magicznym miejscem, pełnym dziwnych stworzeń morskich, jedzenia (nie tylko opartego o owoce morza), ale mało w sumie tu zwiedzania, jakoś miałem trochę większe oczekiwania co do miejsca, ale jedzenie super.

Asakusa jest starą dzielnicą Tokio, z miejsc godnych obejrzenia nie ma wiele, ale za to ich jakość sprawia, że należy choć na chwilę tam przyjechać. Świątynia Sensou-ji z przyległościami, Nakamise (ulica wiodąca do świątyni), Kaminarimon oraz Hozomon robią naprawdę piorunujące wrażenie. Jest to właściwie całoroczne matsuri z całą masą stoisk ze wszelkim dobrem, przechadzającymi się w kimonach ludziach i tysiącami zwiedzających (zwłaszcza że dzisiaj sobota). Tutaj też nie mogliśmy odmówić sobie jedzenia, tym razem taiyaki (nie wiem jak to ładnie określić, podwójny pancake w kształcie ryby z nadzieniem w środku). Sama świątynia bardzo klimatyczna i warta zobaczenia.

Jak się okazało najfajniejszą atrakcją dzisiejszego dnia okazało się muzeum Tokijskiej policji w Ginzie, pomimo braku praktycznie zupełnie angielskich opisów było bardzo przyjemnie i w przeciwieństwie do muzeum japońskiego miecza nie mieliśmy wrażenia że coś nas omija, pozatym było bardzo dużo atrakcji dla dzieci, na przykład można było przebrać się w mundur i zrobić sobie zdjęcie na motorze policyjnym lub w helikopterze, dla nas niestety nie mieli rozmiarów co nie przeszkodziło nam żeby pstryknąć sobie kilka fotek :) Do tego mieliśmy okazję pojeździć sobie na symulatorze, po lewej stronie jeździ się dziko… Ciekawą ekspozycją było porównanie oryginałów i podróbek markowych rzeczy, z omówieniem na co zwracać uwagę.

Jutro czeka nas spotkanie z Modrzewiem, matsuri i powtórka Ueno.

Ciekawostka 1: Mleko w Japonii jest irracjonalnie tłuste, standardem jest mleko 3,8%. Jest bardzo smaczne

Ciekawostka 2: Znaki tutaj nie są odblaskowe i kiepsko je widać po ciemku

Ciekawostka 3: Japończycy cały czas do ciebie mówią, witają, poganiają, bo tak tu już jest

Ciekawostka 4: Duża część japonek ma niesamowicie krzywe zęby, koszmary w nocy te sprawy :(

(więcej…)

Dzień 7 – Shinjuku

Dzisiaj powróciliśmy do shinjuku, żeby zwiedzić w końcu coś a nie tylko przejść jedną ulicą i wrócić.

Co prawda zanim się wstaliśmy, zebraliśmy, zjedliśmy i wyszliśmy trochę czasu minęło. Zwłaszcza że trzeba było dać odpocząć Kasi po wczorajszym koncercie.

Pierwszą atrakcją było muzeum japońskiego miecza. Drogie to, małe to, bardzo mało informacji w zrozumiałym dla nas języku. Z drugiej strony głupio by było nie pójść. Nie mogłem sobie nawet popstrykać zdjęć :( Wszyscy jesteśmy kompletnymi laikami w temacie, miejsce oceniamy raczej na minus, głównie właśnie na brak informacji po angielsku (Kasia nawet napisała w notesiku swój komentarz, którego pozwolę sobie nie cytować).

Potem przeszliśmy do Tokyo Metropolitan Government building, gdzie za darmo można wjechać na 45 piętro (wjazd trwa 55s) jednej z wież (albo obu jak ktoś lubi). Widoki były całkiem ciekawe, zwłaszcza park Yoyogi, pokaźnych rozmiarów „las” w środku ogromnej meropoli. Widoczność była trochę za słaba jak dla tego typu atrakcje, ale może wrócimy tam jeszcze jak będzie ładniejsza pogoda.

Potem zaczęliśmy się kręcić po samym shinjuku z racji tego, że byliśmy wszędzie gdzie chcieliśmy dzisiaj. Trafiliśmy do bardzo fajnego sklepu, za 100, 150 lub 200 JPY można było kupić dużo różnych słodyczy które normalnie kosztują 200-300% więcej. Obok yodobashi camera trafiliśmy na festyn, występy i stargany z jedzeniem. Mieliśmy w końcu okazje spróbować kakigori (tarty lód z polewą owocową), w sumie było to zaskakująco smaczne. Wybraliśmy się też do salonu gier, niestety automat z Project Diva był zajęty, więc pograliśmy trochę w Taiko, gry muzyczne zawsze na propsie 😉

Wizytę w shinjuku zakończyliśmy w restauracji serwującej curry, wszystkim smakowało. Więc kolejny posiłek obowiązkowy zaliczony (choć nie do końca japoński).

Takie kręcenie się bez konkretnego planu pomimo tego że tracimy na to sporo czasu ma swoje dobre strony, np. trafiamy na fajną promocje albo znajdujemy ciekawe miejsce, jeżdżenie metrem od atrakcji do atrakcji jest ok tylko jeśli ma się mało czasu, a tak to można stracić coś fajnego (i dużo pieniędzy).

Jutro śniadanie w tsukiji, czyli sushi na targu rybnym, a potem do asakusy.

Obserwacja 1: Chińczyków jest tu tylu, że robi się to aż irytujące, nawet reklamy w sklepach są po chińsku.

Obserwacja 2: Wydania mang, cd itp. w Japonii bywają bardzo słabej jakości, wygląda to jakby robiono to domowym sposobem na drukarce atramentowej. To samo tyczy się reklam, bardzo często widoczna jest bardzo mocna pikseloza (aż oczy bolą).

Obserwacja 3: Zwierzęta w Japonii to droga sprawa, dzisiaj widzieliśmy stoisko na bazarze z psami i kotami, ceny zaczynały się od 70000 a kończyły na 170000 jenów (~2100-5100 PLN może nawet trochę więcej).

Obserwacja 4: Bardzo często w bentoboxach, a nawet w posiłkach serwowanych w restauracjach możemy znaleźć jednocześnie ziemniaki, ryż i makaron.

Obserwacja 5: część naziemna metra wykorzystywana jest przez bezdomnych (których jest całkiem sporo) jako dach ich małych domków :)

(więcej…)

Dzień 6 – Akihabara po męsku i koncert The Gazette

Dzisiaj było strasznie leniwie, a to za sprawą sprzątania, prania i koncertu. Więc po kolei…

Na dobry początek ogarnęliśmy swoje ciuchy i ruszyliśmy do pralni, żeby wysuszyć rzeczy, okazało się to prostsze niż ktokolwiek się mógł spodziewać. Otwieramy suszarkę, wrzucamy, zamykamy, wrzucamy 2x100JPY, czekamy 20 min (100JPY za 10 min), otwieramy, wyjmujemy (prawie) suche pranie. Co do samego miejsca, to bardzo klimatyczne, zero obsługi, ludzie sobie wrzucają rzeczy idą zakupy robić nikt się niczym nie przejmuje za bardzo 😀

Potem wzięliśmy się za sortowanie i mycie śmieci, tak tak… tutaj śmieci muszą być czyste i suche zanim trafią do właściwego kosza, więc jeśli ktoś narzeka, że u nas musi sortować śmieci to niech przestanie. Same śmieci dzielimy na przeznaczone do recyklingu, palne i niepalne. Przeznaczone do recyklingu dzielimy na plastiki (butelki i etykiety z nich muszą być wrzucone osobno, pomimo że idą do tego samego miejsca) i pozostałe (wszystkie ze znaczkiem recycykling). Ogólnie system jest dosyć łatwy do ogarnięcia chociaż pierwsze podejście zajęło nam dłuższą chwilę :)

Dzisiaj pierwszy raz poszedłem na miasto bez aparatu u boku i była to dosyć miła odmiana, mogłem spojrzeć na świat nie przez obiektyw (robiąc 300-700 zdjęć przez 7-10 godzin ciężko jest zobaczyć cokolwiek), za to miałem przy sobie notatnik, który bardzo mi pomaga w ułożeniu tego tekstu 😀 Kolejną zmianą było rozbicie naszej grupki, Kasia ruszyła do Ichikawy na koncert The Gazette, a ja z Jaqoobem pojechaliśmy do Akihabary.

Perspektywa 1 (moja i Kuby)

Na dobry początek dnia poszliśmy do McDonalda, obaj wzięliśmy Ebi-filet-o (kanapka z krawatkami), frytki i napój (Jaqoob z ciemnych winogron, ja z jasnych), do tego smażone mochi z serem. Z zaskakujących rzeczy, menu dla obcokrajowców, gdzie po prostu paluchem pokazuje się Pani przy kasie co się chce, nawet nie dała nam za bardzo możliwości żeby coś powiedzieć :(

Dalej poszliśmy Don Quijote’a, wielopiętrowy sklep (rozmieszczony dookoła schodów) ze wszelakim dobrem, od artykułów spożywczych i kosmetyki do wszelakiego dobra dla mangowców i graczy. Spróbowaliśmy szczęścia przy UFO catcherach (bez rezultatu), po za tym nic nie przykuło naszej uwagi, ale jest to dobre miejsce jeśli będziemy czegoś potrzebować, bo jest spora szansa, że tam właśnie to znajdziemy :)

Kolejny przystanek Mandarake, 8 piętrowy sklep z używanymi grami, książkami i mangami. I tu poszło trochę gotówki, głownie Kuba robił całkiem pokaźne zakupy, ale żeby nie było że jestem ostatnią mendą też wydałem swoje ciężko zarobione 108JPY. Z ciekawostek piętro mangami męskimi to w 80-90% to hentai, filmy porno (animowane i normalne) albo dojiny. Na szczęście piętro przeznaczone dla Pań nie było w podobnej proporcji zajęte przez BL. Obsługa na piętrze z mangą była w cosplayu :)

Dalej nasze nogi powiodły nas do Super Potato mieszczącego się na ulicy zła, występku i pokojówek, pewnie jeszcze tam wrócimy w poszukiwaniu maid cafe :) Co do samego ziemniaka, jest to kilku piętrowy salon gier video, od super nowoczesne symulatory po gry z at 90 albo i jeszcze starszych. Niestety nie mieliśmy przy sobie słuchawek i nie mogliśmy poczuć pełni możliwości automatów, mimo wszystko znaleźliśmy bardzo przyjemną grę , troszkę podobną do Osu, jeszcze do niej wrócimy :)

Ostatnim przystankiem było AKB Cafe, w sumie baliśmy się że będzie tam hiper drogo, ok było może 200-300 JPY powyżej normy, ale było to do zaakceptowania, dostaliśmy prezenty (podkładki pod kubki) i zjedliśmy całkiem smaczny posiłek. Takahashi Minami przekonała mnie do pulpetów z jajkiem, warzywami i ryżem, Jaqoob dał się skusić na spaghetti w sosie krewetkowym polecane przez Kashiwagi Yuki. Niestety nie można było robić zdjęć wszystkiemu co by się podobało, np. nie wolno robić zdjęć obsługi :( Restauracja jest podzielona na dwie części normalną i VIPowską, na telewizorach lecą nagrania z koncertów, a w całym lokalu ładnie pachnie (co nie jest standardem bo zwykle kuchnia jest połączona z częścią jadalną). Rozwaliła nas na łopatki natomiast toaleta, gdy wchodzi się do kabiny usłyszeć można „Kimi ga kirei da „go”” co znaczy „Jesteś piękny, „go”” albo „Daj z siebie wszystko, „go””, a wychodząc „You are beautiful, excellent”, no cóż… co kraj to obyczaj. Ponadto każdy klient jest witany przez obsługę okrzykiem „aitakatta„, całkiem miłe zaskoczenie :)

Potem pokręciliśmy się trochę bez celu, czekając na powrót Kasi.

Perspektywa 2 (Kasi)

Będzie jak ją zmuszę do napisania, na razie trzeba chwilę poczekać.

 

Obserwacja 1: Metro w tokyo pomimo swoich ogromnych rozmiarów jest bardzo przyjazne, wszędzie znajdują się strzałki, wszystko podpisane jest romaji i do tego przy bramkach zawsze stoi ktoś z obsługi kto udzieli informacji. Więc jeśli chcemy gdzieś dojechać wystarczy wiedzieć mniej więcej w jakimi liniami chcemy tam dotrzeć i dalej prowadzeni jesteśmy prawie za rękę. Jedyną trudnością i wiedzą tajemną, są pociągi które zmieniają nazwę linii, dzieje się tak, gdy metro staje się pociągiem podmiejskim (i na odwrót), np. linia Saikyou line staje się Rinkai Line gdy przejeżdża stacje Ousaki.

Obserwacja 2: Japończycy nie dają skończyć zdania, jeśli się o coś pytamy to zanim dokończymy wypowiedź dostajemy już instrukcje, w związku z tym jeśli się zgubimy to wystarczy że powiemy np. „Shinjiuku Line” i zostaniemy pokierowani, oczywiście warto się postarać i nie mówić jak totalny ułom, no i działa to tylko przy prostych problemach.

Obserwacja 3: Tak bardziej organizacyjnie, dużo łatwiej i szybciej jest się zapytać niż błądzić, ludzie zwykle ogarniają najbliższą okolice (czy tam też sklep w którym pracują), nie udając fajnego, można naprawdę zaoszczędzić sporo czasu i łażenia.

(więcej…)

Dzień 5 – Odaiba

Dzisiaj wpis nietypowo późno, bo przed snem nie zdążyło się wszystko wrzucić do sieci :)

Wielkie lenistwo nasze i odpoczynek polegał na tym, że wstaliśmy godzinę później niż zwykle 😀 Śniadanko i polecieliśmy na Odaibe.

Na dobry początek krótki spacer po nabrzeżu, kilka fotek statui wolności (a dokładniej jej 12 metrowej repliki), następnie machnąć sobie fotkę z gundamem (33 m) i zjeść obiad. Yakisoba była raczej średnia i po raz pierwszy uznaliśmy jakieś danie za mało sycące i taką trochę bez wyrazu. Ale może trafiliśmy na podłej jakości restauracje (ostatecznie była w centrum handlowym).

W drodze do Muzeum najnowszych technologi i innowacji (Miraikan), dwie potężne sceny (jedna szykowana na pewno na koncert Baby Metal druga nie mam pojęcia). W muzeum było naprawdę super, na samym początku trafiliśmy na prezentacje ASIMO, jego możliwości są naprawdę niesamowite, a przecież to konstrukcja sprzed 15 lat, jarałem się jak małe dziecko. Z fajniejszych atrakcji były elementy stacji kosmicznej, podwodny batyskaf który w 1999 zszedł na głębokość 6500 m oraz mechaniczna prezentacja działania internetu. Było też kilka takich na które czułem się zbyt zmęczony bo wymagały myślenia, ale „na świeżaka” były by też ciekawe. Do tego kilka creepy eksponatów w osobie humanoidalnych robotów, dwoma z nich można było pokierować i porozmawiać z osobą która siedziała obok robota. Spotkaliśmy też tam miłego Pana z obsługi, który nam wiele opowiedział o batyskafie, a przy okazji okazało się że był w Polsce wielokrotnie w inseratach :) Teraz muszę wybrać się do Centrum Kopernika, żeby mieć porównanie tych dwóch miejsc :)

Potem jeszcze skoczyliśmy na chwilę zobaczyć co jest w centrach handlowych, znaleźliśmy sklepy tematyczne Hello Kitty i Disnay’a :) Wszystkim wystarczyło asertywności, aby nic nie kupić (tej wersji się trzymajmy). Zajrzeliśmy jeszcze do sklepu 100 jenowego (coś takiego jak u nas wszystko po 5 zł, tylko jakość asortymentu nieporównywalnie wyższa). Jaaqob kupił 2 talie do hanafudy po 100 JPY i karty do karuty za 500 JPY, Kasia skarpetki na zimne dni za 150 JPY, a ja notesik do zapisywania mądrości i wrażeń na bieżąco, żeby nic nie pominąć za 100 JPY.

Na Odaibe będziemy musieli jeszcze wrócić, pomimo że jest to mały kawałek terenu, to naprawdę jest co zwiedzać :)

Odnaleźliśmy nowy super market w naszej okolicy, w końcu coś co chociaż minimalnie przypomina to co mamy w Polsce. Obkupiliśmy się sushi (za kolacje, śniadanie, trochę słodyczy i napoje na 3 osoby zapłaciliśmy ~1700 JPY i jak tu nie kochać wyprzedaży).

Wieczorem zaczęło padać i tak ma się utrzymać do piątku, w związku z tym będziemy szukać atrakcji pod dachem.

Jutro dzień sprzątania i odpoczynku głównie, bo popołudniu Kasia rusza na koncert The Gazette, a ja z Jaqoobem będziemy kręcić się po Akihabarze. Więc nie wiem czy będzie co jutro opisywać, zobaczymy.

Obserwacja 1: Jeszcze nie wczuwałem się w temat dokładnie, ale dzisiaj zauważyliśmy że na każdej stacji gra inna muzyczka gdy pociąg się zatrzymuje. Przynajmniej na niektórych liniach.

Obserwacja 2: Sklepy w Japonii bywają podzielone, dzisiaj trafiliśmy do sklepu w którym, aby dojść do kas trzeba było wyjść na korytarz w galerii, pomijam już fakt że w pierwszej części nie było żadnego pracownika poza Panią na zapleczu która coś pakowała i była raczej mało zainteresowana tym co się dzieje, podobnie było jeszcze w kilku innych miejscach.

Obserwacja 3: Japończyk widzi zielone… Idzie… nawet jak nie ma pasów, tyczy się to zwłaszcza skrzyżowań, gdzie na czas przejścia pieszych zatrzymywane są samochody ze wszystkich kierunkach, wtedy całe skrzyżowanie należy do idących, którzy poruszają się we wszystkie możliwe strony w tym też przez środek skrzyżowania, nawet jeśli nie ma tam wyznaczonych przejść.

Zdjęcia i filmy w rozwinięciu posta

(więcej…)

Dzień 4 – Shibuya i Harajuku

Dzień zaczęliśmy od porządnego śniadania i ruszyliśmy w drogę :)

Przystanek pierwszy Shibuya 109, 10 piętrowe (w tym 2 poniżej poziomu gruntu) centrum handlowe z asortymentem wyłącznie dla młodych kobiet. Kasi do gustu przypadły 2 sklepy, reszty albo się bała (bo kosmiczne ceny lub były przesłodzone) albo nie było to w jej guście. Na uwagę zasługuje na pewno sposób w jaki zostało to centrum handlowe rozplanowane. Wbrew temu co można się spodziewać się po 10 piętrowym centrum handlowym jest ono stosunkowo niewielkie. Na każdym piętrze mieści się 10-15 dosyć małych sklepów, rozmieszczonych w około ruchomych schodów, obejście jednego piętra zajmuje bardzo niewiele czasu (no chyba że coś nas zainteresuje).

Następnie w po drodze  na pocztę, zaczepiliśmy o Hikarie, centrum handlowe tym razem z dużo szerszym asortymentem, za to równie drogim (przynajmniej na nasze standardy). Zresztą nie obejrzeliśmy nawet co się kryło na wszystkich piętrach, bo ile można oglądać sklepy, są fajniejsze rzeczy.

Po załatwieniu sprawy na poczcie ruszyliśmy w ostatnie interesujące nas tego dnia miejsce na shibuyi, czyli do Hachiko, Ku naszemu zaskoczeniu, oprócz psa znaleźliśmy też kota :) Fajne miejsce pełne ludzi robiących sobie zdjęcia, czekających na kogoś albo pędzących gdzieś przed siebie, ale to też jeden z powodów dla których nie warto tam zatrzymywać się na dłużej (zresztą nie ma po co), to raczej miejsce o którym można powiedzieć nie więcej niż „byłem tam”.

Shibuya jest dzielnicą handlową i to w dodatku z mało atrakcyjnymi dla nas towarami (głównie ciuchy), dla tego nie wzbudziła u nas jakiegoś zachwytu. Natomiast dalej było już tylko lepiej, główną atrakcje uznaję spacer po parku Yoyogi i Takeshita dori.

Yoyogi to chyba pierwsze miejsce które mnie wgniotło w ziemię. Piękny park, porośnięty starymi drzewami i niesamowitych rozmiarów tori, a do tego świątynia Meiji Jingu. Nie starczyło nam czasu żeby zwiedzić ogrody świątynne, przynajmniej jest powód żeby tam wrócić.

Takeshita dori, jest tym za co uchodzi, z tą różnicą, że nie spotkaliśmy tam zbyt wielu cosplayerów (może 2-3 osoby gdzieś tam mignęły), a z tego to miejsce słynęło przez lata [*], może nie mieliśmy szczęścia albo pojawiają się oni w późniejszych godzinach lub weekendy. Zjedliśmy przy okazji Crepe, naleśnik z bitą śmietaną i dodatkami (np. bita śmietana, lody, truskawki i sernik) zawinięty w rożek, nic w sumie ciekawego ale jak się już jest na Takeshta dori to wypada sprawdzić o co tyle hałasu. Natomiast polecenia godne są lody, na które trafiliśmy później (ale zabijcie mnie nie pamiętam teraz nazwy ;(), lody z soków z owocami na patyku.

Na sam koniec przeszliśmy się na Shinjuku, ale to już raczej od tak bo była chwila i na dokładniejsze zwiedzanie pokusimy się jeszcze przy okazji powrotu do yoyogi :)

Zaczyna wkradać się ogólne zmęczenie, w związku z tym pojutrze planujemy lenistwo (a tak naprawdę sprzątanie pokoju), a popołudniu ruszamy do Ichikawy, odstawić Kasię na koncert the Gazette i zobaczyć co ciekawego znajduję się w tamtych rejonach.

A jutro hmmm… chyba Odaiba :)

Obserwacja 1: Pogłoski o biegających za klientem Japończykach są całkiem prawdopodobne, dzisiaj Jaaqob zostawił na poczcie aparat, Pan odnalazł nas i go oddał (a odeszliśmy całkiem spory kawałek zahaczając jeszcze o bankomat).

Obserwacja 2: Ilość zieleni w Tokio jest aż dziwna jak na taki stopień industrializacji, za każdym rogiem rośnie jakiś krzak, drzewo czy cokolwiek, nawet w jakiś małych uliczkach.

Obserwacja 3: Tokio żyje 50-100m od stacji metra (no chyba że to główna ulica), dalej zaczyna się prawie wyludnione miasto, a większość napotykanych ludzi albo idzie do stacji albo z niej wraca.

Obserwacja 4: Odsetek urodziwych japonek wzrasta, jeśli zbliżymy się do dzielnic związanych z modą :)

Obserwacja 5: Nie tylko dziewczęta zachęcające do wejścia do sklepu (nie chodzi mi o krzykaczy o których pisałem wcześniej bo to inna kategoria) modulują swój głos żeby był on słodszy, to samą robią mężczyźni.

(więcej…)