Akihabara

Dzień 24 – Maid cafe

Zjawisko w Polsce znane co najwyżej z filmów albo legend, kawiarnie z dziewczątkami (istnieją również wersje dla kobiet z ładnymi chłopcami, host cafe) ubranymi w stroje pokojówek, mundurkach szkolnych czy kto jaki tam fetysz zapewne ma.

Atmosfera takiego miejsca jest magiczna, przesłodzona i ciężka do opisania. Każdy podawany posiłek należy zaczarować, składając ręce w serduszko i wypowiadając „moe moe kyun”. Dodatkowo lody, które dostaliśmy były zwierzaczkami, a Kasia dostała sernik z bardzo ładnym rysunkiem misia na talerzyku. Do mnie i Jaqooba pokojówki się jakoś specjalnie nie zwracały (przynajmniej nie zwróciliśmy uwagi), za to Kasia została księżniczką 😀

W trakcie gdy sobie siedzieliśmy, jedliśmy i popijaliśmy, parę razy miałem wrażenie że zdarzyło się coś co zdarzyć się w normalnych warunkach nie powinno (np. meido przebiegająca z rozwiązaną sukienką, nic nie widać niby, ale każdy zbok wie że nieporadność i pewnego rodzaju nieogarnięcie jest słodkie, co nie?? XD). Obsługa zaplecza też jest starannie dobierana, są to wyłącznie ładni chłopcy i dziewczęta, które nie chcą czy z innych powodów nie mogą być meido.

Uroda dziewcząt była bardzo zróżnicowana, nie każda nam przypadła do gustu, ale większość z nich była całkiem spoko :) Przez naszą sale przewinęło się ich chyba 5 albo 6, pomimo, że obsługiwała nas dwójka. To też zapewne pewnego rodzaju potrzeba zaspokojenia oczekiwań klientów, którzy chcą nacieszyć oczy 😉

Wizyta w takim przybytku nie należy do tanich, 540 JPY za godzinę + obowiązkowe zamówienie, oczywiście najlepiej jeśli jest to pakiet np. lody, kawa i zdjęcie z obsługą, ~2200 JPY (w gratisie otrzymaliśmy breloczek),a nie jest to najdroższa opcja. Za całą tą przyjemność zapłaciliśmy łącznie prawie 8000 JPY.

Mi i Jaqoobowi się podobało, Kasia twierdzi, że rzygała tęczą, ale wyglądała jakby się całkiem nieźle bawiła.

Porównując maido cafe i AKB cafe, wygrywa chyba to pierwsze. Głównie ze względu na to, że więcej się tam dzieje, chociaż kibel w AKB wygrywa nagrodę dziwactwa naszego wyjazdu 😀 A mam wrażenie, że i tak trafiliśmy do maid cafe raczej kiepskawego i warto zrobić jakiś poważniejszy reserch przed wyborem kawiarni. Tak czy siak, nie zważając na pieniądze, warto zajrzeć, żeby poczuć magię i dziwność obu tych miejsc (nie ważne gdzie i kiedy się pójdzie).

Dzień 6 – Akihabara po męsku i koncert The Gazette

Dzisiaj było strasznie leniwie, a to za sprawą sprzątania, prania i koncertu. Więc po kolei…

Na dobry początek ogarnęliśmy swoje ciuchy i ruszyliśmy do pralni, żeby wysuszyć rzeczy, okazało się to prostsze niż ktokolwiek się mógł spodziewać. Otwieramy suszarkę, wrzucamy, zamykamy, wrzucamy 2x100JPY, czekamy 20 min (100JPY za 10 min), otwieramy, wyjmujemy (prawie) suche pranie. Co do samego miejsca, to bardzo klimatyczne, zero obsługi, ludzie sobie wrzucają rzeczy idą zakupy robić nikt się niczym nie przejmuje za bardzo 😀

Potem wzięliśmy się za sortowanie i mycie śmieci, tak tak… tutaj śmieci muszą być czyste i suche zanim trafią do właściwego kosza, więc jeśli ktoś narzeka, że u nas musi sortować śmieci to niech przestanie. Same śmieci dzielimy na przeznaczone do recyklingu, palne i niepalne. Przeznaczone do recyklingu dzielimy na plastiki (butelki i etykiety z nich muszą być wrzucone osobno, pomimo że idą do tego samego miejsca) i pozostałe (wszystkie ze znaczkiem recycykling). Ogólnie system jest dosyć łatwy do ogarnięcia chociaż pierwsze podejście zajęło nam dłuższą chwilę :)

Dzisiaj pierwszy raz poszedłem na miasto bez aparatu u boku i była to dosyć miła odmiana, mogłem spojrzeć na świat nie przez obiektyw (robiąc 300-700 zdjęć przez 7-10 godzin ciężko jest zobaczyć cokolwiek), za to miałem przy sobie notatnik, który bardzo mi pomaga w ułożeniu tego tekstu 😀 Kolejną zmianą było rozbicie naszej grupki, Kasia ruszyła do Ichikawy na koncert The Gazette, a ja z Jaqoobem pojechaliśmy do Akihabary.

Perspektywa 1 (moja i Kuby)

Na dobry początek dnia poszliśmy do McDonalda, obaj wzięliśmy Ebi-filet-o (kanapka z krawatkami), frytki i napój (Jaqoob z ciemnych winogron, ja z jasnych), do tego smażone mochi z serem. Z zaskakujących rzeczy, menu dla obcokrajowców, gdzie po prostu paluchem pokazuje się Pani przy kasie co się chce, nawet nie dała nam za bardzo możliwości żeby coś powiedzieć :(

Dalej poszliśmy Don Quijote’a, wielopiętrowy sklep (rozmieszczony dookoła schodów) ze wszelakim dobrem, od artykułów spożywczych i kosmetyki do wszelakiego dobra dla mangowców i graczy. Spróbowaliśmy szczęścia przy UFO catcherach (bez rezultatu), po za tym nic nie przykuło naszej uwagi, ale jest to dobre miejsce jeśli będziemy czegoś potrzebować, bo jest spora szansa, że tam właśnie to znajdziemy :)

Kolejny przystanek Mandarake, 8 piętrowy sklep z używanymi grami, książkami i mangami. I tu poszło trochę gotówki, głownie Kuba robił całkiem pokaźne zakupy, ale żeby nie było że jestem ostatnią mendą też wydałem swoje ciężko zarobione 108JPY. Z ciekawostek piętro mangami męskimi to w 80-90% to hentai, filmy porno (animowane i normalne) albo dojiny. Na szczęście piętro przeznaczone dla Pań nie było w podobnej proporcji zajęte przez BL. Obsługa na piętrze z mangą była w cosplayu :)

Dalej nasze nogi powiodły nas do Super Potato mieszczącego się na ulicy zła, występku i pokojówek, pewnie jeszcze tam wrócimy w poszukiwaniu maid cafe :) Co do samego ziemniaka, jest to kilku piętrowy salon gier video, od super nowoczesne symulatory po gry z at 90 albo i jeszcze starszych. Niestety nie mieliśmy przy sobie słuchawek i nie mogliśmy poczuć pełni możliwości automatów, mimo wszystko znaleźliśmy bardzo przyjemną grę , troszkę podobną do Osu, jeszcze do niej wrócimy :)

Ostatnim przystankiem było AKB Cafe, w sumie baliśmy się że będzie tam hiper drogo, ok było może 200-300 JPY powyżej normy, ale było to do zaakceptowania, dostaliśmy prezenty (podkładki pod kubki) i zjedliśmy całkiem smaczny posiłek. Takahashi Minami przekonała mnie do pulpetów z jajkiem, warzywami i ryżem, Jaqoob dał się skusić na spaghetti w sosie krewetkowym polecane przez Kashiwagi Yuki. Niestety nie można było robić zdjęć wszystkiemu co by się podobało, np. nie wolno robić zdjęć obsługi :( Restauracja jest podzielona na dwie części normalną i VIPowską, na telewizorach lecą nagrania z koncertów, a w całym lokalu ładnie pachnie (co nie jest standardem bo zwykle kuchnia jest połączona z częścią jadalną). Rozwaliła nas na łopatki natomiast toaleta, gdy wchodzi się do kabiny usłyszeć można „Kimi ga kirei da „go”” co znaczy „Jesteś piękny, „go”” albo „Daj z siebie wszystko, „go””, a wychodząc „You are beautiful, excellent”, no cóż… co kraj to obyczaj. Ponadto każdy klient jest witany przez obsługę okrzykiem „aitakatta„, całkiem miłe zaskoczenie :)

Potem pokręciliśmy się trochę bez celu, czekając na powrót Kasi.

Perspektywa 2 (Kasi)

Będzie jak ją zmuszę do napisania, na razie trzeba chwilę poczekać.

 

Obserwacja 1: Metro w tokyo pomimo swoich ogromnych rozmiarów jest bardzo przyjazne, wszędzie znajdują się strzałki, wszystko podpisane jest romaji i do tego przy bramkach zawsze stoi ktoś z obsługi kto udzieli informacji. Więc jeśli chcemy gdzieś dojechać wystarczy wiedzieć mniej więcej w jakimi liniami chcemy tam dotrzeć i dalej prowadzeni jesteśmy prawie za rękę. Jedyną trudnością i wiedzą tajemną, są pociągi które zmieniają nazwę linii, dzieje się tak, gdy metro staje się pociągiem podmiejskim (i na odwrót), np. linia Saikyou line staje się Rinkai Line gdy przejeżdża stacje Ousaki.

Obserwacja 2: Japończycy nie dają skończyć zdania, jeśli się o coś pytamy to zanim dokończymy wypowiedź dostajemy już instrukcje, w związku z tym jeśli się zgubimy to wystarczy że powiemy np. „Shinjiuku Line” i zostaniemy pokierowani, oczywiście warto się postarać i nie mówić jak totalny ułom, no i działa to tylko przy prostych problemach.

Obserwacja 3: Tak bardziej organizacyjnie, dużo łatwiej i szybciej jest się zapytać niż błądzić, ludzie zwykle ogarniają najbliższą okolice (czy tam też sklep w którym pracują), nie udając fajnego, można naprawdę zaoszczędzić sporo czasu i łażenia.

(więcej…)

Dzień 3 – Akihabara

Dzisiejszy dzień przyniósł mało zwiedzania, ale sporo stresów.

Dzień zaczęliśmy od Yodobashi Camera, 8 piętrowe (+ 4 piętra podziemnego parkingu) centrum handlowe poświęcone prawie w całości elektronice. Kilka zdjęć udało mi się przemycić, niestety w sklepach nie za bardzo można robić fotki :( Robi to świetne wrażenie, taki nasz media markt x 6, do tego na 7 piętrze znajduje się kawiarnia/restauracja (nie byliśmy więc nie jestem pewien dokładnie jakiego to rodzaju miejsce), a na 8 piętrze, jeśli dobrze zrozumieliśmy informacje, odbywają się różnego rodzaju wydarzenia.

Znalezione na internetach:

Następnie przeszliśmy się do Kanada area, miejsce gdzie znajduje się cała masa secend handów z książkami. Jednogłośnie stwierdziliśmy, że nie warto i poszliśmy sobie na obiad.

Trafiliśmy do restauracji Yamono niedaleko stacji Shibuya. Z Jaqoobem zdecydowaliśmy się na szynkę wołową, Kasia zjadła wołowinę w bulionie. Do tego w standardzie lunchowym dostaliśmy pikle ryż i zupę miso. W lokalu był zakaz palenia do 13, potem, jak się domyślamy, z restauracji zmieniał się on w sakaye (pijalnie sake). Wszystkim smakowało, niestety na koniec było trochę nerwowo.

Kasia była przekonana, że dała kelnerowi 10 000 JPY, a nie 1000 JPY, więc najpierw zmusiliśmy biednego Japończyka do przeliczenia kasy dwa razy, a potem, wróciliśmy się do Yodobashi, sprawdzić czy oby na pewno przy zakupach w tamtejszym Tower Records, kasjerka nie pomyliła się przy wydawaniu reszty. Dopiero jak praktycznie dotarliśmy do naszej bazy, Kasia sobie uzmysłowiła, że „zaraz zaraz ja nie miałam jednak tych pieniędzy…” Zwolniła prawie bidną japonkę, doprowadziła do zawału kelnera i nagle sobie stwierdziła „ło a jednak nie”… Cała akcja trwała jakąś godzinę.

W między czasie zahaczyliśmy jeszcze o 5 piętrowy bookoff, cóż dużo mówić… 1 piętro gry i konsole, 2 piętro muzyka, 3 piętro książki, 4 i 5 piętro komiksy, a wszystko za pół darmo (chociaż zdarzały się też rzeczy przecenione tylko o kilka procent). Zdążyliśmy obejrzeć pobieżnie wyłącznie piętro 4, bo musieliśmy wracać do pokoju na masaż.

Właścicielka zaprosiła masażystę, który w ramach wolontariatu zrobił nam masaż wywodzący się z judo, który jest pewnego rodzaju akupresurą. Pan był bardzo zdziwiony, że jesteśmy inaczej zbudowani od Japończyków :)

Ramen z opcją „all you can eat”, który zjedliśmy na kolacje, był dokładnie tym jak się nazywa. Wybieramy opcje i dodatki, a jak skończą nam się kluski prosimy o dokładkę makaronu i jemy dalej. Za 20 zł mogliśmy na wpierdzielać ile tylko daliśmy radę. Smacznie, tanio i do syta, a przy okazji dowiedzieliśmy się co i jak działa, bo na cały wypad zabrała nas Ziggi (właścicielka).

W naszej okolicy znaleźliśmy bardzo tani w stosunku do conbini market (ceny potrafią różnić się o 20-30% nawet), w dodatku w okolicach 20 przychodzi Pani i przecenia bentoboxy i onigiri. Dzisiaj na przykład na śniadanie wydaliśmy po 214 JPY (zdjęcie poniżej), teraz za ok 550 kupiłem dango (3 szt.), smażone krążki z kałamarnicy i gyoze.

Obserwacja 1: Ruch lewostronny to kłamstwo, zwłaszcza jeśli chodzi o pieszych, nawet schody ruchome i organizacja ruchu (strzałki) są przeciwko człowiekowi który próbuje nabyć jakiś nawyków i nie wpadać na biednych ludzi.

Obserwacja 2: Japończycy są bardzo chętni do pomocy, sami przystają i chcą pomóc. Za pierwszym razem staliśmy i nie mogliśmy odnaleźć się na mapie, podeszła do nas Pani i pokazała nam gdzie mamy iść i gdzie jesteśmy. Za drugim razem, przekopywaliśmy plecak to podszedł do nas chłopak i pytał się czy wszystko w porządku. <odznaka pomocnego Nihondlandczyka>

Obserwacja 3: Dzielnice mieszkalne wymierają ok. 20-21, przynajmniej ta okolica w której jesteśmy. Po tej godzinie spotyka się tylko rowerzystów i biegaczy.

Obserwacja 4: Piwo tutaj jest może i drogie, ale np. whisky za to jest bajecznie tania, 0,7l ballantinesa kosztuje ~30 zł.

Obserwacja 5: Łatwiej się dogadać nawet kalecząc, koślawiąc i mordując japoński, niż po angielsku.

Jutro ruszamy na shibuye :)

(więcej…)

Dzień 2 – Ueno

Dzień dzisiejszy stał pod znakiem zwiedzania Ueno. Zanim ruszyliśmy realizować nasze cele, postanowiliśmy napełnić brzuchy i trochę nieświadomie trafiliśmy na Ameyoko dori, sporej wielkości targ z mnóstwem straganów ze wszystkim – od kosmetyków przez owoce morza, aż po kebaby. Ciekawą sprawą były ananasy i melony na patyku w kawałkach (100 JPY za ~1/8 owocu), może wychodzi to drogo, ale owoce w Japonii można traktować jak towary luksusowe. Na przykład: jedna dosyć pokaźnej wielkości brzoskwinia (większa od pięści przeciętnego człowieka) to koszt ok. 700 JPY, nie wiem, ile może ona ważyć, jeśli miałbym strzelać, to wycenił bym taką przyjemność na jakieś 40-50 zł/kg. Rzeczą, która zwróciła moją uwagę, byli naganiacze/krzykacze – osoby, które głośno (nierzadko stojąc na jakimś podwyższeniu) zachęcały do zakupu towarów na ich stoisku, proceder chyba dosyć powszechny, ale dla dzikusów takich jak my nowy.

Główną atrakcją dnia był ogród zoologiczny w Ueno. W sumie ZOO jak ZOO, jest bardziej „skompresowane” niż ogrody u nas (mniejsze wybiegi, wąskie uliczki, ale za to dużo różnych zwierząt). Na uwagę na pewno zasługują zwierzęta, których w żadnym polskim ZOO nie spotkamy, panda wielka i goryle. Te drugie kiepsko współpracowały, więc zdjęcia jakieś są, ale raczej słabe. Momentami przeszkadzał tłok, ale nie ma co się dziwić, ostatecznie niedziela. :) Ogólnie godne polecenia na dobry początek, ale nic przełomowego (osobiście wolę ZOO w Oliwie, które jest naprawdę pięknie ulokowane). Zwiedzanie zajęło nam ok. 5 godzin przy naszym całkiem żwawym tempie.

Wróciliśmy na Ameyoko na obiad, może nie był to tradycyjny japoński posiłek, ale spaghetti z przegrzebkami, warzywami i czosnkiem w pełni zaspokoiło nasze potrzeby, zarówno jeśli chodzi o głód i walory smakowe, a nie było przy tym drogie. Porcja 500g kosztowała 700 JPY i najedliśmy się nią jak dzikie świstaki, Kasia wzięła mniejszą (350g) za 600JPY i nie dojadła.

Następny punkt programu, Park Ueno, do którego musimy jeszcze wrócić, bo zabrakło nam czasu, żeby zobaczyć wszystko co chcieliśmy. Po błądzeniu w ciasnych uliczkach miasta bardzo miła odmiana. Coś więcej będę mógł powiedzieć po odhaczeniu wszystkich punktów programu w tym rejonie, na razie odsyłam do zdjęć. 😉

Na sam koniec przeszliśmy się na Akihabarę. Nie miałem już siły nawet robić zdjęć temu wszystkiemu, więcej na pewno będę miał do powiedzenia i pokazania jutro. :) Z rzeczy wartych uwagi, znaleźliśmy figurkę Homury za prawie 70000 JPY (~2200 PLN).

Z ambitnych planów na jutro:

  • AKB48 cafe;
  • odnaleźć bookoff;
  • nie opróżnić portfela (to będzie wyjątkowo trudne);
  • zwiedzanie sklepów dla otakusów;
  • Yodobashi-Akiba (wielkie centrum handlowe wyłącznie z elektroniką);
  • ramen z opcją „all you can eat”;
  • uzupełnić trochę informacje które gdzieś się już tu pojawiły, ale z braku czasu nie zostały odpowiednio omówione.

PS. jeszcze ciekawostka z wczoraj, której zdjęcie muszę jeszcze zrobić, stacja benzynowa w naszej okolicy, ale to też wszystko w swoim czasie. (więcej…)