Archiwum: Październik 2015

Dzień 25 – Takao-san

W sumie to ostatni dzień gdzie robiliśmy coś wartego uwagi, przez kolejne dni szukaliśmy książek, zalaliśmy się w trupa i takie tam 😉

Ale wracając do tematu, Takao-san (albo jak kto woli góra Takao) leży ok 90 min drogi pociągiem od stacji shibuya. Kawałek drogi jest, ale naprawdę warto, z tym drobnym zastrzeżeniem że nie w weekend. W tygodniu jest i tak sporo ludzi, ale mimo wszystko jest w miarę cicho spokojnie i nie depcze się po innych :)

Do wyboru mamy 3 tras podejścia wiodące od dolnej stacji kolejki, plus kilka krótszych szlaków będących rozgałęzieniami głównych ścieżek. Wchodząc wybraliśmy szlak nr 6 i była to bardzo dobra decyzja, widoków może nie było zbyt wiele za to las naprawdę robi wrażenie, zwłaszcza po tak długim czasie przebywania w ogromnym mieście, była to dla nas bardzo miła odmiana, miejsce gdzie nie ma prawie ludzi o budynkach nie wspominając. Nie wszystkie trasy jednak, są tak przyjazne, np. szlak nr 1 to po prostu utwardzona droga, którą na szczyt wjeżdżają samochodami pracownicy i zaopatrzenie. Dla tego schodząc najszybciej jak się dało uciekliśmy z niego na szlak nr 2, który łączy się później ze szlakiem 6 w okolicach wodospadu (czego niestety nie widać na mapce :( )

Ze szczytu rozciąga się piękny widok, a raczej widoki. Z jednej strony widzimy zalesione szczyty (a przy dobrej pogodzie również Fuji-san), a po drugiej bezkresne miasto.Dodatkową atrakcją jest znajdująca się na zboczu świątynia poświęcona Tengu, które nie należą do bardzo rozpowszechnionych bóstw (przynajmniej jeśli chodzi o świątynie im poświęcone).

Całkiem sporym zaskoczeniem jak dla mnie był fakt, że w tak odległym kraju również funkcjonuje kultura pozdrawiania się na szlaku gdy kogoś mijamy :) Dodatkową atrakcją dla mijających nas Japończyków, był Kubuś który postanowił wejść na górę bez butów (te wszystkie starsze Panie, które do niego zagadywały) :)

Co tam długo gadać polecam i pozdrawiam :)

(więcej…)

Dzień 24 – Maid cafe

Zjawisko w Polsce znane co najwyżej z filmów albo legend, kawiarnie z dziewczątkami (istnieją również wersje dla kobiet z ładnymi chłopcami, host cafe) ubranymi w stroje pokojówek, mundurkach szkolnych czy kto jaki tam fetysz zapewne ma.

Atmosfera takiego miejsca jest magiczna, przesłodzona i ciężka do opisania. Każdy podawany posiłek należy zaczarować, składając ręce w serduszko i wypowiadając „moe moe kyun”. Dodatkowo lody, które dostaliśmy były zwierzaczkami, a Kasia dostała sernik z bardzo ładnym rysunkiem misia na talerzyku. Do mnie i Jaqooba pokojówki się jakoś specjalnie nie zwracały (przynajmniej nie zwróciliśmy uwagi), za to Kasia została księżniczką 😀

W trakcie gdy sobie siedzieliśmy, jedliśmy i popijaliśmy, parę razy miałem wrażenie że zdarzyło się coś co zdarzyć się w normalnych warunkach nie powinno (np. meido przebiegająca z rozwiązaną sukienką, nic nie widać niby, ale każdy zbok wie że nieporadność i pewnego rodzaju nieogarnięcie jest słodkie, co nie?? XD). Obsługa zaplecza też jest starannie dobierana, są to wyłącznie ładni chłopcy i dziewczęta, które nie chcą czy z innych powodów nie mogą być meido.

Uroda dziewcząt była bardzo zróżnicowana, nie każda nam przypadła do gustu, ale większość z nich była całkiem spoko :) Przez naszą sale przewinęło się ich chyba 5 albo 6, pomimo, że obsługiwała nas dwójka. To też zapewne pewnego rodzaju potrzeba zaspokojenia oczekiwań klientów, którzy chcą nacieszyć oczy 😉

Wizyta w takim przybytku nie należy do tanich, 540 JPY za godzinę + obowiązkowe zamówienie, oczywiście najlepiej jeśli jest to pakiet np. lody, kawa i zdjęcie z obsługą, ~2200 JPY (w gratisie otrzymaliśmy breloczek),a nie jest to najdroższa opcja. Za całą tą przyjemność zapłaciliśmy łącznie prawie 8000 JPY.

Mi i Jaqoobowi się podobało, Kasia twierdzi, że rzygała tęczą, ale wyglądała jakby się całkiem nieźle bawiła.

Porównując maido cafe i AKB cafe, wygrywa chyba to pierwsze. Głównie ze względu na to, że więcej się tam dzieje, chociaż kibel w AKB wygrywa nagrodę dziwactwa naszego wyjazdu 😀 A mam wrażenie, że i tak trafiliśmy do maid cafe raczej kiepskawego i warto zrobić jakiś poważniejszy reserch przed wyborem kawiarni. Tak czy siak, nie zważając na pieniądze, warto zajrzeć, żeby poczuć magię i dziwność obu tych miejsc (nie ważne gdzie i kiedy się pójdzie).

Dzień 23 – ogród świątynny w yoyogi i nocny wypad na miasto

Ogród świątyni Meijijingu nie zrobiły na na s jakiegoś ogromnego wrażenia, ale to głównie na porę roku w jaką tam zawitaliśmy, na wiosnę, gdy kwitną kwiaty, jest na pewno lepiej. Wygląda to dosyć dziko, tak jak całe yoyogi.

Potem skoczyliśmy jeszcze na chwilę na harajuku, żeby zobaczyć jak to wygląda w weekend. Jest ciasno, wszędzie masa ludzi, co jakiś czas można spotkać lolite. Tak czy siak zdecydowanie bardziej opłaca się zawitać tu w weekend niż w tygodniu, zresztą takich miejsc jest w Tokyo kilka (Akihabara, Shibuya, Shinjuku…).

Kolejnym punktem dnia było spotkanie z Kento (znajomym znajomej Kasi), z którym na chwilę wpadliśmy do taito station, a następnie poszliśmy do pubu. I tu pierwsze zaskoczenie, na dzień dobry jakaś Japonka podrywała Jaqooba, niestety nie podjął wyzwania [*]. Atmosfera różniła się od tego co znam z polski, nie wiem dokładnie jak to opisać, było inaczej, więc albo Japończycy podchodzą do sprawy inaczej, albo to magia tego konkretnego miejsca.  Cały nasz wypad po raz kolejny udowodnił, że po alkoholu można mówić w dowolnym języku (oczywiście jeśli zna się jakieś podstawy chociaż) i idzie się dogadać XD

Po przepuszczeniu odpowiedniej kwoty w pubie ruszyliśmy na karaoke, problem z tym był taki, że żadne z nas nie czyta wystarczająco szybko kany, w związku z tym szły nam jako tako tylko anglojęzyczne piosenki albo takie których tekst znaliśmy na pamięć. Biorąc pod uwagę nasz stan i powyższe aspekty, raczej marnie wypadaliśmy… :(

Cały wieczór do powtórki, ale oczywiście nie dla tego, że było słabo, tylko dla tego, że było bardzo fajnie :)

Jak ma się okazję spotkać z kimś tutejszym to na prawdę warto, bo zarówno w przypadku tego spotkania jak i spotkania z Ayaki, nie trafilibyśmy zapewne do niektórych miejsc i przeszli byśmy obok nieświadomi zajebistości które tam na nas czekają.

Polecamy korzystać z tego typu atrakcji ile tylko, z tym że trzeba przygotować się na dosyć spore wydatki związane z takim wypadem (piwo ok 1000JPY za 0,5, szoty po 500JPY itd.), pieniądze znikają szybko.

(więcej…)

Dzień 22 – Odaiba po raz drugi

Dzisiaj wybraliśmy się ponownie do Odaiby, bo poprzednim razem nie wszędzie wetknęliśmy nasze nosy 😀

Budynek Fuji TV, najciekawszy był dla nas chyba sklep ze stafem z anime, wydarzeń itp. emitowanych przez Fuji TV. Na 5 piętrze można było zobaczyć ekspozycje poświęconą programom telewizyjnym, zajrzeć do studia przez okna umieszczone pod samym ich sufitem i pooglądać różne inne pierdołki. Na samym dole znajdują się kawiarnie i automaty z kulkami (w środku z zabawką). Po za sklepami na uwagę zasługują schody ruchome 😀 Umieszczone na zewnątrz budynku, którymi wjeżdżamy na 7 piętro (najpierw na 5, przechodzimy kilka kroków i potem na samą górę).

Palette Town w którego skład wchodzą: MegaWeb, diabielski młyn, Venus Fort oraz Leisureland. Z diabelskiego młyna nie skorzystaliśmy bo wołaliśmy wybrać się na inny punkt widokowy tego dnia, ale to za chwilę.

MegaWeb jest to ekspozycja samochodów Toyoty, zarówno tych które aktualnie się poruszają po drogach jak i koncepcyjnych modeli oraz takich które wyjechały co najwyżej na tor wyścigowy. Dodatkowo była możliwość przejechania się na odpowiedniku segweya wyprodukowanego przez toyote, a jeśli ktoś posiada ważne w Japonii prawo jazdy może przejechać się całą gamą samochodów marki Toyota po torze który jest wpleciony w cały kompleks.

Venus Fort jest godne polecenia, a zwłaszcza 2 piętro tego centrum handlowego. Bardzo klimatyczne, stylizowane na weneckie (chyba) uliczki, kolumnady, niebo… ogólnie bardzo ciekawy efekt.

Leisureland to po prostu game center, w sumie zwyczajne z tą różnica że kręcą się tam cospleyrzy, może nie w zatrważających ilościach, ale powyżej średniej na pewno.

Na zakończenie tego pięknego dnia wybraliśmy się na punkt obowiązkowy w Tokyo, chyba najbardziej rozpoznawalny budynek, czyli Tokyo Tower. Z głównego tarasu widok jest przedni, ale to co widać ze specjalnego obserwatorium… super widok naprawdę, zwłaszcza w nocy, miasto po horyzont.

(więcej…)

Dzień 21 – wizyta u lekarza

Dzisiaj wyjątkowo wpis autorstwa Kasi, gdyż to w ogółu niej działy się najciekawsze rzeczy :)

Z racji tego, że zachorowałam musiałam udać się do lekarza. Niestety, nasz ubezpieczyciel (PZU) działał wolniej niż woda w kiblu, więc dostałam się do lekarza dopiero po trzech dniach. Byłam umówiona na godzinę 18:00, więc było dużo czasu, aby coś zwiedzić. :) Postanowiliśmy wyruszyć w odwiedziny do samego cesarza Japonii. Kto będąc w Japonii nie chciałby zobaczyć ogrodów cesarskich czy pałacu? Jak się okazało cesarz Akihito nie był na tyle gościnny, aby wpuścić nas do ogrodu. Byliśmy tym bardzo zawiedzeni.

Skoro cesarz nie chciał nas ugościć jak należy poszliśmy w kierunku amerykańskiej kliniki.  Po drodze poszliśmy wysłać pocztówki, które mogłyby być trochę ładniejsze. Ale ja ich nie wybierałam, wszelkie pretensje proszę kierować do Kurasa. Do lekarza mieliśmy jeszcze sporo czasu, a nie wypadało przyjść godzinę wcześniej, dlatego przez około czterdzieści minut siedzieliśmy w przytulnej kawiarence i piliśmy kawę. Moja kawa była normalna, po prostu zwykłe latte. Natomiast Kuras pił kawę z syropem klonowym, a kawa Kubusia była migdałowo-karmelowa. Wiem, to naprawdę fascynujące. Ale ten dzień był wyjątkowo nudy i naprawdę nic ciekawego się nie działo. Ale Kuras się uparł, że koniecznie musi być wpis na temat lekarza i koniecznie ja muszę notkę napisać. Więc się zgodziłam i zanudzam takimi głupotami jak kawa. Bardzo za to przepraszam. W końcu nadeszła godzina osiemnasta i mogłam wejść do kliniki, wjechaliśmy windą na trzecie piętro i gdy tylko drzwi się otworzyły przywitał nas pan z recepcji. Od razu też kazał wypełnić drobne formalności, czyli imię, nazwisko i inne bzdety. Po chwili podeszła do mnie pielęgniarka, która jak się okazało była naprawdę bardzo miła. Przywitała się i zaprowadziła do gabinetu. Tam zapytała o wszelkie objawy w przypadku mojej choroby, a potem zaczęły się już standardowe rzeczy, czyli mierzenie gorączki i ciśnienia. Gdy wszystko spisała, wyszła z gabinetu, a jak tylko do mnie wróciła za nim otworzyła drzwi pukała. Za każdym razem pukała do drzwi, a dopiero potem weszła. Potem zaprowadziła mnie do lekarza, który grzecznie się ze mną przywitał, wręczył mi swoją wizytówkę, a dopiero potem zaczął pytać o wszelkie objawy. Gdy wywiad został skończony, wróciłam do tego samego gabinetu gdzie przedtem pielęgniarka mierzyła mi gorączkę. Tak jak zawsze lekarz musiał mnie osłuchać, sprawdzić uszy, gardło i także nos. Dopiero później zaczęło się coś co mnie zaskoczyło, a mianowicie potrzebowali kropelki krwi z mojego palca. Na początku myślałam, że może chcą zbadać poziom mojego cukru, ale jednak się pomyliłam. Krew była im potrzebna do tego, aby sprawdzić poziom zarazków, że tak to ujmę. Dzięki temu lekarz mógł zadecydować czy przy mojej chorobie są potrzebne antybiotyki. Gdy jednak zobaczył, że liczba na monitorze urządzenia jest mała, zdecydował, że zrobi test na grypę. Do tego testu potrzebował trochę mojej śliny oraz wydzieliny z nosa. To akurat było bardzo nie przyjemne uczucie. Akurat na wynik tego testu musieliśmy czekać dziesięć minut. W międzyczasie pytano się czy nie potrzebuję wody i o tym podobne rzeczy. Pani pielęgniarka pytała się także o nasz wyjazd do Japonii, była zdziwiona w ilu miastach byliśmy. Była pewna, że cały czas siedzimy w Tokyo. Nie przeciągając dłużej, test na grypę wyszedł negatywny, więc lekarz stwierdził, że to tylko zwykłe przeziębienie. Dostałam leki na zbicie gorączki oraz na katar. Na koniec lekarz i pielęgniarka życzyli mi szybkiego powrotu do zdrowia. Byli naprawdę mili, aż do takiego lekarza chce się chodzić. A i jeżeli chodzi o porozumiewanie się, dlatego, że była to klinika amerykańska wszyscy mówili po angielsku, więc nie miałam żadnych problemów. ^^

(więcej…)