Archiwum: Wrzesień 2015

Dzień 19 – zakupy

Dzisiaj w ramach odpoczynku posprzątaliśmy pokój i pojechaliśmy zwiedzać bookoffy :)

W sumie pomijając zakupy nic ciekawego nie robiliśmy. Wyniki na zdjęciach.

dzien19 - WP_20150930_002.jpg
dzien19 - WP_2015093...
dzien19 - WP_20150930_004.jpg
dzien19 - WP_2015093...

Jako że nie mam o czym pisać, bo nie zwiedzaliśmy (a raczej byliśmy w miejscach które już obchodziliśmy wcześniej), to kilka rad i objaśnień jakby ktoś chciał szukać używanych mang.

  • Jak do tej pory znaleźliśmy 2 sieci z używanymi mangami, Mandarake i Bookoff. Pierwszy jest zdecydowanie droższy chociaż zdaje nam się, że oferuje trochę nowsze rzeczy. Ceny zwykle są kaskadowe (pierwsze tomy (2-3 zwykle) po 100 , a ostatnie nawet po 500, w zależności jaka seria). Bookoff natomiast ma specjalne półki z mangami po 100 JPY, zwykle są to niekompletne serie, chociaż zdarzają się wyjątki. Większość porad tyczyć się będzie Bookoffów, ponieważ tych zwiedziliśmy najwięcej i tam spędziliśmy najwięcej czasu.
  • W mangach za 100 znajdziemy nie tylko standardowe tomiki, ale też wydania specjalne, powiększone, w twardej oprawie, zbiorcze itd.
  • Na wyprawę do sklepu dobrze się przygotować, sprawdzić jakie logo znajduje się na grzbiecie tomiku, ponieważ mangi ułożone są magazynami w jakim się ukazywały (ukazują), to bardzo przyśpiesza wyszukiwanie
  • Mangi są podzielone na kilka kategorii (podzielonych na normalne i te za 100), zaobserwowaliśmy podział (zgodnie oczywiście z magazynami w jakich się ukazują) na LN, shoujo, shounen, BL, hentai, wydania specjalne (np. zbiorcze albo w twardej oprawie), bardzo często podzielone piętrami. Występują też piętra z grami oraz figurkami, ale nad nimi się nie pochylaliśmy za bardzo
  • Różne sklepy tej samej sieci mają różny towar, który zmienia się co jakiś czas (półki są uzupełniane na bieżąco)
  • Warto przeglądać półki bo można natrafić na prawdziwe perełki (nie tyczy to pólek gdzie leża tasiemce bo tam są po prostu tasiemce i koniec, ale półka z wydaniami specjalnymi i artbookami to inna sprawa)
  • Zabierz ze sobą pusty plecak, przy przeciskaniu się pomiędzy ludźmi nie przeszkadza, a na wyjściu może ci być potrzebny 😉
  • Ostatnie i najważniejsze, pytaj obsługi (to tyczy się wielu innych miejsc, np. stacji kolejowej, sklepów itd.) może nie na wejściu, bo mają też inne obowiązki, ale jeśli nie możemy czegoś znaleźć to istnieje jeszcze szansa, że leży to gdzieś w miejscu który nie przyszło nam do głowy albo na zapleczu, w sklepach bardzo często panuje dosyć mocno rozwinięty chaos

A poniżej trochę zdjęć które powstały od początku naszego wyjazdu, ale zwykle trafiały na instagram albo wcale, bo robione były telefonem 😉

(więcej…)

Dzień 18 – Kyoto po raz ostatni i koniec JRPassa

Kasia została w łóżku, a my z Jaaqobem pojechaliśmy zobaczyć świątynie Fushimi Inari oraz Kyomizu Dera. Pierwsza znana z 4 kilometrowej ścieżki otoczonej tori. Druga jest obowiązkowym punktem każdego anime, gdzie bohaterowie jadą na wycieczkę do Kyoto.

Fushimi Inari jest tym piękniejsze im dalej się pójdzie, na samym dole ledwo można przepchnąć się przez ludzi którzy akurat po środku ścieżki postanawiają zrobić sobie zdjęcie nie zważając na to, że za nimi idą inni. Dalej zdarzają się momenty gdy nie widać nikogo przed nami, jest prawie zupełna cisza i można spokojnie maszerować w cieniu tori. Co jakiś czas na trasie umiejscowione są budynki, gdzie można kupić pamiątki i napoje. Na całej długości ścieżki rozsiane jest ok. 32000 bunsha (źródło wikipedia), małych świątyń będących całością większej świątyni, ciężko to mi, laikowi ładnie objaśnić. Zgrupowane są one co jakiś czas obok głównej ścieżki, żeby je zobaczyć trzeba odejść kilka kroków. Wszystko to sprawia, że miejsce jest naprawdę godne polecenia, zwłaszcza że całość zajmuje do 2 godzin, a można sobie skrócić wycieczkę i dojść do połowy ścieżki gdzie znajduje się punkt widokowy (ale to tylko opcja dla prawdziwych leni, bo warto zobaczyć całość).

W Kyomizu Dera nie da się już uwolnić od tłumów, choć nie są one tak strasznie dokuczliwe. Z głównego tarasu świątyni rozpościera się piękny widok na miasto i otaczające go góry. Sama świątynia robi bardzo dobre wrażenie, a gdy zaczną czerwienić się otaczające ją klony, musi to wyglądać powalająco.

Z racji, że zostało nam jeszcze trochę czasu zahaczyliśmy jeszcze o bookoff, w którym znalazłem kilka bardzo ciekawych artbooków :)

Był to za razem ostatni dzień naszych podróży, najbardziej zawiodły nas Osaka i Nara, najwięcej czasu spędziliśmy w Kyoto i pewnie jeszcze tam wrócimy w przyszłości, bo nie na wszystko co byśmy chcieli zobaczyć starczyło czasu. Teraz wracamy do zwiedzania Tokyo, ale najpierw zasłużony dzień odpoczynku i sprzątanie :)

I tym samym nadrobiłem codzienne wpisy na blogu :)

Obserwacja 1: Większość kobiet przebranych w kimona spacerujących po świątyniach to Chinki.

Obserwacja 2: Cytryny w Japonii są cholernie kwaśne (Kasia)

(więcej…)

Dzień 17 – Omijingu

Świątynia znana z mangi Chihayafuru, chyba najładniejsza i najspokojniejsza za razem, jaką mieliśmy okazje zwiedzać.

Jedyne miejsce gdzie można kupić omamori w kształcie karty karuty, przy okazji mogliśmy jak meiko (kapłanka) wyszywała wzór obrazka ręcznie. Zapewne ze względu na to, że dewocjonalia w naszym kraju są „made in china” zakładałem, ze tutejsze omamori są również produkowane maszynowo, a tu takie zdziwko bardzo pozytywne. Dodatkowo dostępne były omamori z grafiką z Chihayafuru, ale żadne z nas nie skusiło się na zakup, za to karta z poematem była zbyt dużą pokusą, żebyśmy z Jaaqobem mogli sobie odmówić, Kasia zainwestowała w talizman mający przynieść powodzenie w nauce, każda pomoc się przyda :)

Ponadto trafiliśmy na obchody (nie wiem czy można to tak nazwać) shichigosan, w dosyć nietypowej dacie, ponieważ normalnie odbywają się one 15 listopada. Jest to rodzinna uroczystość dla dzieci w wieku 3, 5 i 7 lat. Liczby te mają swoje numerologiczne znaczenie, a ponadto wiążą się z przełomowymi momentami życia dzieci w dawnej Japonii. Tradycyjnie do wieku 3 lat obowiązkowo golono dzieciom włosy na głowie, od tego czasu mogły one sobie swobodnie rosnąć :) W wieku 5 lat chłopiec po raz pierwszy mógł ubrać hakame, a dziewczynka w wieku 7 lat mogła założyć po raz pierwszy obi.

Postanowiliśmy przysiąść sobie z boczku i poobserwować co się dzieje, schemat przy każdej rodzinie był podobny. Odświętnie ubrane dziecko razem z rodzicami (czasami z dziadkami) przybywało do świątyni. Odbywała się mini sesja fotograficzna w bramie świątynnej, następnie razem z rodzicami ruszali po błogosławieństwo kapłana pod sam główny ołtarz. Kapłan odmawiał modlitwę prosząc o powodzenie i zdrowie w kolejnych latach życia (tak przynajmniej zrozumieliśmy z tego co dało się usłyszeć). Następnie cała rodzina szła zwiedzać świątynie.

W sumie po raz kolejny udało nam się znaleźć w dobrym miejscu, we właściwym czasie. Z jednej strony polecam gorąco, z drugiej cały urok i piękno tej świątyni może zniknąć, jeśli stał by się ona bardziej popularna, więc gdzieś w głębi serca mamy nadzieje, że tak się nie stanie i gdy tam po raz kolejny wrócimy, znów spotkamy tam tylko garstkę modlących się ludzi, spokój i ciszę.

Dzień musieliśmy trochę skrócić i wrócić wcześniej do Tokio, ponieważ Kasia dostała gorączki i źle się poczuła. Teraz leży smarcze i pokasłuje.

(więcej…)

Dzień 16 – Osaka podejście drugie (lekko poprawione)

Tym razem pojechaliśmy do Osaki z konkretnym planem i wiedzą którą nabyliśmy przy poprzedniej wizycie.

Jedyną sensowną atrakcjom którą udało nam się zwiedzić był zamek. Z zewnątrz potężna budowla w stylu japońskim, wewnątrz hmmm… nowoczesny budynek z windą, ładnymi drewnianymi podłogami i białymi ścianami, takie po prostu muzeum. Jakoś nie pasuje mi to do zamku. Ekspozycja rozrzucona na 7 pięter (budowla ma 8 ale między 5 a 7 jest loża na którą nie ma wstępu). Najciekawsza ekspozycja znajduje się na piętrach 3 i 4 (nie można tam robić zdjęć), znajduje się tam oręż i dokumenty z epoki. Jak dla mnie można spokojnie ograniczyć się do obejrzenia zamku z zewnątrz, nie pozostanie ten dziwny smutek w sercu.

Tak dla wyjaśnienia, zamek w 1945 r. spłonął i został odbudowany po wojnie, ale nawet nie próbowano go zrekonstruować tylko po prostu machnięto żelbetonową konstrukcje na starych fundamentach.

Zdecydowanie na plus natomiast były turniej tańca odbywający się przed zamkiem. Kilkanaście grup prezentowało swoje układy, jak zrozumieliśmy typowe dla tamtejszego matsuri. Nam udało się zobaczyć kilka, bo trzeba było jednak coś zwiedzić, a i temperatura nie zachęcała do staniu w miejscu 😉

Ogólnie może coś robiliśmy źle, ale Osaka zupełnie nam nie podpasowała, chyba pod żadnym względem, może poza urodą tamtejszych niewiast.

(więcej…)

Dzień 15 – Kyoto podejście pierwsze

Z Kioto jest ten problem, że jest ono strasznie rozległe. Część świątyń oczywiście jest blisko siebie (oczywiście zdecydowana większość płatna), za to te najważniejsze są od siebie oddalone 30-40 min jazdy autobusem (jeśli oczywiście nie trzeba się przesiadać). Na szczęście można kupić bilet dobowy dla turystów za 500 JPY (bilet jednorazowy to koszt 230 JPY).

Pierwszym miejscem które uznaliśmy za obowiązkowe była świątynia Kinkakuji, z bardzo charakterystycznym pawilonem pokrytym złotem. Ok ładne to jest, przepych jak najbardziej, ale nie zrobiło na nas to jakiegoś piorunującego wrażenia. Na zdjęciach prezentuje się bardziej okazale 😉 Otoczenie świątyni również bez jakiegoś wgniatania w ziemię. Tak czy siak warto na własne oczy obejrzeć, bo tak trochę głupio pominąć tak istotny zabytek.

Dalej przejechaliśmy do świątyni Tenryuji, tutaj zdecydowanie bardziej nam się podobało. Piękny staw z wodą lekko mętną, białą wodą, daje to bardzo ładny efekt lustra. W samej świątyni można obejrzeć obraz niebiańskiego smoka (nazwa świątyni zobowiązuje 😉 ) który wypada również na plus. Roślinność otaczająca świątynie była opisana na tabliczkach, więc jest to coś w rodzaju ogrodu botanicznego. Bezpośrednio z ogrodu można wyjść do lasu bambusowego, który jest bardzo klimatyczny, a w nocy musi robić jeszcze większe wrażenie (zwłaszcza, że zdarza się dość często że ktoś się zaszyje gdzieś w krzunach i straszy spacerowiczów), ale niestety nie dane nam było zaznać tej przyjemności. Zdecydowanym minusem dla lasu był płot ogradzający ścieżkę, który mi trochę psuł poczucie estetyki i przeszkadzał.

Jeśli chciało by się zobaczyć wszystkie świątynie w Kyoto, trzeba by było zostawić tam małą fortunę, ceny wahają się od 500 do 1000 JPY (a przynajmniej z takimi się spotkaliśmy). Tym razem chociaż nie zleźliśmy się jak głupi zupełnie bez sensu.

(więcej…)

Dzień 14 – Nagoya

Dzień raczej mało urodzajny w atrakcje, przynajmniej dla mnie, bo dzisiaj każdy poszedł w swoją stronę. Jaaqob pojechał do Kya-san, Kasia poszła na koncert Alice Nine, a ja się kręciłem bez jakiegoś większego sensu po Nagoyi.

Jedyną zaplanowaną i zaliczoną atrakcją było muzeum nauki, które średnio przypadło nam do gustu. Jest skierowane raczej do dzieci (których było całkiem sporo). Było kilka eksperymentów ciekawych do własnego przeprowadzenia, ale nic z czym nie spotkałbym się w szkole (oczywiście teoretycznie, bo jakie eksperymenty można niby w szkole przeprowadzić (przynajmniej za czasów jak do szkoły chodziłem)). Muzeum na Odaibie zdecydowanie lepsze.

Resztę dnia spędziłem na kręceniu się ulicami miasta, najpierw razem z Kasią, a potem samemu. Wyznaczyłem sobie co prawda cel gdzie chcę podążać, ale raczej na zasadzie a może trafie na coś ciekawego. No i się udało, idąc do Mandarake trafiłem na ulice handlową. Sama ulica jak to wiele, natomiast to co w sklepach to już inna bajka, znalazłem kilka ciekawych miejscówek. Sklep z grami, kontrolerami i konsolami nie młodszymi niż pierwsza odsłona Playstation. I chyba najciekawsze, dosyć duży sklep (chociaż zdaje się, że było to kilka sklepów ze zbliżonym asortymentem po prostu na jednej powierzchni handlowej) gdzie znaleźć można było takie cuda jak lampy tranzystorowe (i układy oparte na nich), płyty główne komputerów i innych urządzeń (wszystko sobie wisiało na sznurkach na ścianie), magnetofony, adaptery… jak dla mnie WOW. A na końcu ulicy znalazłem świątynie Hōshōinōsu-kannon (zupełnie nie mając tego w planach).

Po całym nabijaniu kilometrów, przysiadłem w Starbuniu, wypiłem kawę, uzupełniłem 2 dni na blogu, a potem poszedłem zgarnąć Kasie z koncertu i wróciliśmy do Tokyo.

(więcej…)

Dzień 13 – Matsumoto i Nagoya

Dzień ów zacząłem od spierdzielenia się ze schodów, 2 co prawda tylko, ale palec u nogi siny, dupa zbita i przed ramię też. W sumie najbardziej dokucza tyłek. Przy okazji narobiłem w cholerę hałasu o 6 rano bo przywaliłem nogą w przeszkolone drzwi (drzwi przetrwały nienaruszone, chyba…).

Na Matsumoto bardzo mocno nalegała Kasia, w między czasie Jaaqob poznał dziewczynę, która stamtąd pochodzi. I w sumie był to strzał w dziesiątkę, chyba jak do tej pory najprzyjemniejszy dzień jaki spędziliśmy w Japonii, głównie właśnie dzięki Ayace. Jedyne co mogło by być lepsze to pogoda, ale też nie ma co narzekać :)

Zwiedzanie zaczęliśmy od zamku. 5 kondygnacyjna budowla jest dobrze odrestaurowana i prezentuje się na tle gór po prostu wyśmienicie. Wchodząc do środka należy zdjąć buty, i wspiąć się na kilka bardzo wysokich stopni. Wewnątrz znajduję się muzeum, a przez okna można podziwiać widok na okoliczne góry (pogoda niestety w tym nie pomagała). Ekspozycja może nie robi wielkiego wrażenia, za to ja znalazłem dla siebie bardzo interesujący eksponat, kamienie do go :)

Po zwiedzaniu zostaliśmy zaproszeni na zaru shiro sobe (biała zimna soba, wytwarzana z wnętrza ziaren gryki, podawana ze specjalnym sosem), jest to miejscowy specjał, przy okazji dostaliśmy instrukcje jedzenia oraz dowiedzieliśmy się co w sumie jemy 😉 Aby zaznać pełnię szczęścia razem z Jaaqobem zamówiliśmy tempure, niebo w gębie. Na koniec dostaliśmy coś co w sumie nas dosyć mocno zdziwiło, dzbanek z wodą po gotowaniu makaronu. A po co to, na co to… otóż resztę sosu która dostaliśmy na samym początku, wlewamy do czarki, którą do tej pory wykorzystywaliśmy do maczania makaronu (nie za dużo), dolewamy ów wywar do momentu, aż osiągnie on jasno słomkową barwę i wypijamy. W smaku jest on lekko słonawy i słodkawy, w sumie zaskakująco dobry. Jest to bardzo lekkie danie (Kasia mówi, że jest to pierwsze danie tutaj którym się nie najadła, zwykle zostawia na talerzu bo nie jest w stanie skończyć), które nie zaspokaja głodu na długo, za to bardzo cieszy kubki smakowe.

Dalej mieliśmy dwie opcje, albo wybierzemy się do klubu na uniwersytecie na który uczęszcza Ayaka albo wybierzemy się do onsenu. Z racji tego, że do onsenu było kawał drogi, a do tego wszystkiego Ayaka powiedziała, że w klubie mają dużo mang i nikt jeszcze z naszych znajomych w żadnym tego typu miejscu nie był wybraliśmy klub. Z początku myśleliśmy że to jakiś klub otaku albo coś w tym stylu, okazało się że to coś w stylu klubu wycieczkowego (jeżdżącego na wycieczki, nie wiem jak to ładnie przetłumaczyć). Bardzo klimatyczna kanciapa (nie mam na to lepszego określenia) z całą masą wszelkiego rodzaju sprzętów, kilku konsol i kilkuset tomami mang (w śród nich: Nana, Hikaru no Go, Hoshi no samidare, GTO, Genshinken…). Wynalazłem tam też shiougi i dwa zestawy do mahjonga (w tym jeden do washizu). Przy okazji po raz pierwszy będąc w Japonii zagraliśmy właśnie w mahjonga <radość>.

Praktycznie na zakończenie wizyty w Matsumoto mieliśmy nowe doświadczenie, jazda autobusem, bilet pobieramy z automatu przy wejściu. Na owej kartce mamy numerek, odczytujemy z tablicy nad kierowcą kwotę do zapłacenia i wrzucamy ją gdy wysiadamy przy kierowcy do dziury, a w razie czego mamy jeszcze pod ręką rozmieniarkę pieniędzy, jakbyśmy potrzebowali drobnych. Szybko, łatwo i sprawnie.

Prawie całą drogę do nagoyi przespaliśmy i z racji tego, że dotarliśmy dosyć późno nie mieliśmy okazji nic zobaczyć. Za to mieliśmy okazjie obejrzeć telewizje w naszym tymczasowym lokum. Bardzo zresztą fajna miejscówka, blisko stacji shinkansenów i metra.

Obserwacja 1: Konduktor w shinkansenie zaznacza sobie osoby którym sprawdzał bilety, dzięki temu nie ma konieczności okazywania biletów po raz drugi (zakładam że działa to tylko w wagonach z rezerwacją).

Obserwacja 2: Nie dziwie się, że Japonia jest krajem zamkniętym na imigrantów (no może nie w 100%, ale jest ogólnie ciężko), wiele rzeczy opiera się na wzajemnym zaufaniu, np. wspomniany wyżej klub jest cały czas otwarty (pozostałe kluby chyba również), płacąc za autobus porostu wrzuca się kwotę, nikt tego nie sprawdza, nasz wczorajszy dzisiejszy gospodarz zostawił nam klucze, zamknięte w małym seifiko-kłudce ukrytej w szafce z licznikami itd.

(więcej…)

Dzień 12 – Nara i Osaka

Pierwszy dzień podróżowania rozpoczął się o nieludzkiej porze, 4:30, ok. 9 byliśmy już jakieś 500km dalej w Narze. Shinkanseny są mega, Kasia nabawiła się lekkiej choroby lokomcyjnej, 290 km/h to nie przelewki. Miejsca jest na tyle dużo że każdy może się spokojnie rozłożyć na fotelu nie przeszkadzając osobie z tyłu. Jedyna rada, na godziny popołudniowe warto rezerwować miejscówki, bo w drodze powrotnej przez jakiś czas musieliśmy stać, a rezerwacja jest darmowa, należy tylko udać się do biura JR.

Jelonki zweryfikowały Kasi miłość do nich, teraz chodzi i mówi „gdyby nie jelonki to było by fajnie”. Problem z tym tałatajstwem jest taki że sra i szczy wszędzie, jest tak rozleniwione że nawet w tym celu nie wstaje z ziemi, a na jedzeniu śpi, jakby nagle turyści przestali je karmić nie wiedziały by pewnie gdzie znaleźć pożywienie. Pamiętajcie jelonki to zło.

Najważniejsze co mieliśmy do zobaczenia w Narze to Świątynia Todaji. Ogromna brama (wszędzie te szkodniki sic!), ogromna świątynia (do której ostatecznie nie weszliśmy, bo w sumie świątynie są bardzo podobne, a widzieliśmy już chyba z 20, a jesteśmy polaczkami jakby nie patrzyć jak trzeba płacić to my nie chcemy 😀 Najfajniejsze i tak w tym wszystkim były zabudowania w około głównej świątyni. Tam gdzie zagląda może 5% turytów zawsze kryje się coś ciekawego 😀 Wdrapaliśmy się na wzgórze na prawo od Tobaji i w nagrodę mogliśmy napić się darmowej wody i herbaty (należ tylko po sobie umyć czarkę) do tego nagrodą były bardzo ładne widoki na okoliczne góry (w sumie to nawet ważniejsze) :) Z racji tego że czas nas gonił musieliśmy wracać na stacje i ruszać dalej.

Po godzinie byliśmy już w Osace, gdzie postanowiliśmy po prostu się przejść nic konkretnego nie zwiedzając i licząc że trafimy na coś ciekawego jak to zwykle nam się zdarzało. Niestety przeliczyliśmy się, a powodów jest kilka, dni wolne w Japonii (w Tokio nikt za bardzo się nimi nie przejmuje), Osaka jest bardzo rozległa, azymut który obraliśmy był zły, a może jeszcze coś innego. Ogólnie nie mogliśmy się odnaleźć w Osace, jest jakaś inna, np. teraz jak to piszę siedzę sobie w Nagoi (dwa dni później po wizycie w Osace) i tutaj nie miałem problemu żeby znaleźć fajne miejsce porostu idąc przed siebie, a w Osace nawet nie za bardzo mogliśmy znaleźć otwartą restauracje i skończyliśmy w McDonaldzie. Nasza pierwsza wizyta w tym mieście okazała się niewypałem. Z plusów, w Osace są ładniejsze dziewczęta (i mają w większości proste zęby), a przynajmniej na takie trafiliśmy. Zdaje się nam też, że w Osace jest więcej dużych sklepów, nie jest tak wszystko upchane jak w Tokyo, ale to są tylko wnioski po pół dnia obecności w tym mieście.

(więcej…)

Dzień 11 – Shinjuku Gyoen (opóźnienia ;( )

Mam małe problemy z komputerem, ale obiecuje że nadrobię zaległości, mam wszystko pospisywane w zeszyciku i nie powinienem o niczym zapomnieć. :(

Zwłaszcza że dzisiaj byliśmy w Narze i Osace, a jutro Matsumoto i Nagoia. Dzisiaj wpis będzie bardzo krótki, ale postaram się go potem uzupełnić jakimś dodatkowymi informacjami.

Dzień 11 był takim lekkim odpoczynkiem przed rozpoczęciem wojaży po całej Japonii, w związku z tym wiele nie mieliśmy w planach.

Pierwsze kroki na shinjuku skierowaliśmy do Book-offu, każdy znalazł coś dla siebie, tradycyjnie najwięcej nakupował Jaaqob.

Potem poszliśmy do Shinjuku Gyoen, dużego parku, porośniętego różnorodną roślinnością, który jest miejscem wypoczynku wielu mieszkańców. Wylegują się oni na trawie albo ławkach (zwłaszcza pary gdzie jedno śpi na kolanach drugiego w dowolnej konfiguracji), spacerują, urządzają pikniki, właściwie nie ma ani jednego pustego miejsca. Niestety nie udało nam się zajrzeć w każdy kąt, bo park jest otwarty tylko do godziny 17 :( Ale to co zobaczyliśmy wystarczy żeby miło wspominać to miejsce. Gdy już wszyscy zbierali się do wyjścia, z głośników grała bardzo przyjemna, nastrojowa melodia.

Obserwacja 1: Japończycy mają całą masę napojów z wysoką zawartością witaminy C, nawet 1000mg, dostępne są one we wszystkich możliwych punktach sprzedaży (automaty, konbini, markety…)

(więcej…)

Dzień 10 – Mecz

Dzisiaj z Kubusiem spędziliśmy cały dzień w Yoyogi National Gymnasium, na Pucharze Świata w siatkówce. Pierwszą rzeczą która nas zaskoczyła, był brak jakiejkolwiek kontroli (poza biletami rzecz jasna), drugą to nasze miejsca (jak sprawdziłem na planie to na 1 piętrze nie było naszego miejsca G-5-1 i G-5-2, w tym miejscu jest wejście na hale). Okazało się, że nasze miejsca są na dostawianych tybunach, a więc mieliśmy genialne miejsca, 5 rzędów od boiska kawałek za linia końcową. Do tego wszystkiego wyszło tak, że grały ze sobą drużyny które zajmowały odpowiedni miejsca 1 vs 2, 3 vs 4 i 5 vs 6, lepszego dnia nie mogliśmy sobie wybrać na mecz.

Mecz pierwszy Rosja – Włochy (0:3), było raczej spokojni, rosjscy kibice trochę pokrzyczeli pod koniec 2 seta, ale na niewiele im się to zdało bo przegrali. Była może 1/3 sali.

Prawdziwa zabawa zaczęła się przed meczem Japonia – Argentyna (0:3). Jakoś godzinę przed pierwszym gwizdkiem zaczęła się nauka układów, odpowiedniego klaskania i ogólne programowanie ludzi jak mają się zachowywać, wszystko prowadzone przez (chyba) jakiegoś celebryte + gościa z różową kulką zamiast głowy. Do tego wszystkiego występ grupy Sexy Zone (źródło YT, bo nie wolno było nagrywać :( )

Podczas samego meczu, w najwyższych rzędach w widocznym miejscu, umiejscowiona była grupa prowadząca cały doping składająca się z 2 gości pokazujących tabliczki oraz gościa z taiko wybijającego rytm. Jeśli ktoś by nie dostrzegł panów z kartonikami, mógłby nawet uwierzyć że ci wszyscy ludzie tak sami z siebie. Zdecydowana większość kibiców była wyposażona w coś co nazwaliśmy „klaskaczki” 2 podłużne baloniki, które służyły do „klaskania”, działa to o tyle fajnie że nie bolą ręce, hałas jest odpowiedni.

Mecz tak jak poprzedni raczej bez emocji, ale zdecydowanie z lepszą atmosferą, bo kibicie dawali wszystko na swój zorganizowany i wyreżyserowany sposób, bardzo ciekawie było w tym wszystkim uczestniczyć.

NIPPON CHA CHA CHA… NIPPON CHA CHA CHA…

Ostatni miecz i prawdziwe emocje dla wszystkich polaków zgromadzonych w hali, ok. 20-30 osób może, porozrzucane po całej hali (bodajże mieszczącej 14000 kibiców). I te właśnie 20-30 osób było słychać, wszystkich razem i każdego z osobna. Od czasu do czasu odezwali się kibice amerykańscy, ale był to zdecydowanie mniej intensywny doping niż dla naszej reprezentacji. Cieszyliśmy się z każdego punktu jakby to był ten ostatni.

Bywałem na meczach w Polsce, ale atmosfera na meczu, gdzie garstka kibiców przebija się na tak ogromnej przestrzeni, jest zupełnie inna niż rycząca 13000 czy 15000 publiczność. Ma się wrażenie, że właśnie ciebie słyszą zawodnicy, pomijam już fakt, że jeden z członków ekipy czasami pobudzał nas do głośniejszego kibicowania, a sami Japończycy spoglądali na nas z podziwem (przynajmniej tak nam się wydaje), a Pani z córką które obok nas siedziały, przybiły z nami piątkę. Styl kibicowania w Polsce jest spontaniczny głośniejszy i bardziej ekspresyjny, Japończycy siedzą, klaszczą i coś tam sobie mruczą pod nosem, a my jak już krzykniemy to tak żeby było nas słychać. Jeśli ktoś ma okazje pojawić się na meczu naszej reprezentacji siatkówki za granicą (zwłaszcza gdy gramy z drużyną nie będącą gospodarzem) to naprawdę polecam, bardzo miłe doświadczenie.

Sam mecz, pełen emocji, pełen zaangażowania zarówno na boisko jak i trybunach, resztę polecam przeżyć samemu przed telewizorem, choć nie będzie już to samo. Jeszcze długo będę wspominał ten dzień. Jaaqob jest równie zachwycony i chce więcej.

Jutro dzień odpoczynku, przed tygodniem jeżdżenia po Japonii.

(więcej…)