Latest Posts

Dzień 25 – Takao-san

W sumie to ostatni dzień gdzie robiliśmy coś wartego uwagi, przez kolejne dni szukaliśmy książek, zalaliśmy się w trupa i takie tam 😉

Ale wracając do tematu, Takao-san (albo jak kto woli góra Takao) leży ok 90 min drogi pociągiem od stacji shibuya. Kawałek drogi jest, ale naprawdę warto, z tym drobnym zastrzeżeniem że nie w weekend. W tygodniu jest i tak sporo ludzi, ale mimo wszystko jest w miarę cicho spokojnie i nie depcze się po innych :)

Do wyboru mamy 3 tras podejścia wiodące od dolnej stacji kolejki, plus kilka krótszych szlaków będących rozgałęzieniami głównych ścieżek. Wchodząc wybraliśmy szlak nr 6 i była to bardzo dobra decyzja, widoków może nie było zbyt wiele za to las naprawdę robi wrażenie, zwłaszcza po tak długim czasie przebywania w ogromnym mieście, była to dla nas bardzo miła odmiana, miejsce gdzie nie ma prawie ludzi o budynkach nie wspominając. Nie wszystkie trasy jednak, są tak przyjazne, np. szlak nr 1 to po prostu utwardzona droga, którą na szczyt wjeżdżają samochodami pracownicy i zaopatrzenie. Dla tego schodząc najszybciej jak się dało uciekliśmy z niego na szlak nr 2, który łączy się później ze szlakiem 6 w okolicach wodospadu (czego niestety nie widać na mapce :( )

Ze szczytu rozciąga się piękny widok, a raczej widoki. Z jednej strony widzimy zalesione szczyty (a przy dobrej pogodzie również Fuji-san), a po drugiej bezkresne miasto.Dodatkową atrakcją jest znajdująca się na zboczu świątynia poświęcona Tengu, które nie należą do bardzo rozpowszechnionych bóstw (przynajmniej jeśli chodzi o świątynie im poświęcone).

Całkiem sporym zaskoczeniem jak dla mnie był fakt, że w tak odległym kraju również funkcjonuje kultura pozdrawiania się na szlaku gdy kogoś mijamy :) Dodatkową atrakcją dla mijających nas Japończyków, był Kubuś który postanowił wejść na górę bez butów (te wszystkie starsze Panie, które do niego zagadywały) :)

Co tam długo gadać polecam i pozdrawiam :)

(więcej…)

Dzień 24 – Maid cafe

Zjawisko w Polsce znane co najwyżej z filmów albo legend, kawiarnie z dziewczątkami (istnieją również wersje dla kobiet z ładnymi chłopcami, host cafe) ubranymi w stroje pokojówek, mundurkach szkolnych czy kto jaki tam fetysz zapewne ma.

Atmosfera takiego miejsca jest magiczna, przesłodzona i ciężka do opisania. Każdy podawany posiłek należy zaczarować, składając ręce w serduszko i wypowiadając „moe moe kyun”. Dodatkowo lody, które dostaliśmy były zwierzaczkami, a Kasia dostała sernik z bardzo ładnym rysunkiem misia na talerzyku. Do mnie i Jaqooba pokojówki się jakoś specjalnie nie zwracały (przynajmniej nie zwróciliśmy uwagi), za to Kasia została księżniczką 😀

W trakcie gdy sobie siedzieliśmy, jedliśmy i popijaliśmy, parę razy miałem wrażenie że zdarzyło się coś co zdarzyć się w normalnych warunkach nie powinno (np. meido przebiegająca z rozwiązaną sukienką, nic nie widać niby, ale każdy zbok wie że nieporadność i pewnego rodzaju nieogarnięcie jest słodkie, co nie?? XD). Obsługa zaplecza też jest starannie dobierana, są to wyłącznie ładni chłopcy i dziewczęta, które nie chcą czy z innych powodów nie mogą być meido.

Uroda dziewcząt była bardzo zróżnicowana, nie każda nam przypadła do gustu, ale większość z nich była całkiem spoko :) Przez naszą sale przewinęło się ich chyba 5 albo 6, pomimo, że obsługiwała nas dwójka. To też zapewne pewnego rodzaju potrzeba zaspokojenia oczekiwań klientów, którzy chcą nacieszyć oczy 😉

Wizyta w takim przybytku nie należy do tanich, 540 JPY za godzinę + obowiązkowe zamówienie, oczywiście najlepiej jeśli jest to pakiet np. lody, kawa i zdjęcie z obsługą, ~2200 JPY (w gratisie otrzymaliśmy breloczek),a nie jest to najdroższa opcja. Za całą tą przyjemność zapłaciliśmy łącznie prawie 8000 JPY.

Mi i Jaqoobowi się podobało, Kasia twierdzi, że rzygała tęczą, ale wyglądała jakby się całkiem nieźle bawiła.

Porównując maido cafe i AKB cafe, wygrywa chyba to pierwsze. Głównie ze względu na to, że więcej się tam dzieje, chociaż kibel w AKB wygrywa nagrodę dziwactwa naszego wyjazdu 😀 A mam wrażenie, że i tak trafiliśmy do maid cafe raczej kiepskawego i warto zrobić jakiś poważniejszy reserch przed wyborem kawiarni. Tak czy siak, nie zważając na pieniądze, warto zajrzeć, żeby poczuć magię i dziwność obu tych miejsc (nie ważne gdzie i kiedy się pójdzie).

Dzień 23 – ogród świątynny w yoyogi i nocny wypad na miasto

Ogród świątyni Meijijingu nie zrobiły na na s jakiegoś ogromnego wrażenia, ale to głównie na porę roku w jaką tam zawitaliśmy, na wiosnę, gdy kwitną kwiaty, jest na pewno lepiej. Wygląda to dosyć dziko, tak jak całe yoyogi.

Potem skoczyliśmy jeszcze na chwilę na harajuku, żeby zobaczyć jak to wygląda w weekend. Jest ciasno, wszędzie masa ludzi, co jakiś czas można spotkać lolite. Tak czy siak zdecydowanie bardziej opłaca się zawitać tu w weekend niż w tygodniu, zresztą takich miejsc jest w Tokyo kilka (Akihabara, Shibuya, Shinjuku…).

Kolejnym punktem dnia było spotkanie z Kento (znajomym znajomej Kasi), z którym na chwilę wpadliśmy do taito station, a następnie poszliśmy do pubu. I tu pierwsze zaskoczenie, na dzień dobry jakaś Japonka podrywała Jaqooba, niestety nie podjął wyzwania [*]. Atmosfera różniła się od tego co znam z polski, nie wiem dokładnie jak to opisać, było inaczej, więc albo Japończycy podchodzą do sprawy inaczej, albo to magia tego konkretnego miejsca.  Cały nasz wypad po raz kolejny udowodnił, że po alkoholu można mówić w dowolnym języku (oczywiście jeśli zna się jakieś podstawy chociaż) i idzie się dogadać XD

Po przepuszczeniu odpowiedniej kwoty w pubie ruszyliśmy na karaoke, problem z tym był taki, że żadne z nas nie czyta wystarczająco szybko kany, w związku z tym szły nam jako tako tylko anglojęzyczne piosenki albo takie których tekst znaliśmy na pamięć. Biorąc pod uwagę nasz stan i powyższe aspekty, raczej marnie wypadaliśmy… :(

Cały wieczór do powtórki, ale oczywiście nie dla tego, że było słabo, tylko dla tego, że było bardzo fajnie :)

Jak ma się okazję spotkać z kimś tutejszym to na prawdę warto, bo zarówno w przypadku tego spotkania jak i spotkania z Ayaki, nie trafilibyśmy zapewne do niektórych miejsc i przeszli byśmy obok nieświadomi zajebistości które tam na nas czekają.

Polecamy korzystać z tego typu atrakcji ile tylko, z tym że trzeba przygotować się na dosyć spore wydatki związane z takim wypadem (piwo ok 1000JPY za 0,5, szoty po 500JPY itd.), pieniądze znikają szybko.

(więcej…)

Dzień 22 – Odaiba po raz drugi

Dzisiaj wybraliśmy się ponownie do Odaiby, bo poprzednim razem nie wszędzie wetknęliśmy nasze nosy 😀

Budynek Fuji TV, najciekawszy był dla nas chyba sklep ze stafem z anime, wydarzeń itp. emitowanych przez Fuji TV. Na 5 piętrze można było zobaczyć ekspozycje poświęconą programom telewizyjnym, zajrzeć do studia przez okna umieszczone pod samym ich sufitem i pooglądać różne inne pierdołki. Na samym dole znajdują się kawiarnie i automaty z kulkami (w środku z zabawką). Po za sklepami na uwagę zasługują schody ruchome 😀 Umieszczone na zewnątrz budynku, którymi wjeżdżamy na 7 piętro (najpierw na 5, przechodzimy kilka kroków i potem na samą górę).

Palette Town w którego skład wchodzą: MegaWeb, diabielski młyn, Venus Fort oraz Leisureland. Z diabelskiego młyna nie skorzystaliśmy bo wołaliśmy wybrać się na inny punkt widokowy tego dnia, ale to za chwilę.

MegaWeb jest to ekspozycja samochodów Toyoty, zarówno tych które aktualnie się poruszają po drogach jak i koncepcyjnych modeli oraz takich które wyjechały co najwyżej na tor wyścigowy. Dodatkowo była możliwość przejechania się na odpowiedniku segweya wyprodukowanego przez toyote, a jeśli ktoś posiada ważne w Japonii prawo jazdy może przejechać się całą gamą samochodów marki Toyota po torze który jest wpleciony w cały kompleks.

Venus Fort jest godne polecenia, a zwłaszcza 2 piętro tego centrum handlowego. Bardzo klimatyczne, stylizowane na weneckie (chyba) uliczki, kolumnady, niebo… ogólnie bardzo ciekawy efekt.

Leisureland to po prostu game center, w sumie zwyczajne z tą różnica że kręcą się tam cospleyrzy, może nie w zatrważających ilościach, ale powyżej średniej na pewno.

Na zakończenie tego pięknego dnia wybraliśmy się na punkt obowiązkowy w Tokyo, chyba najbardziej rozpoznawalny budynek, czyli Tokyo Tower. Z głównego tarasu widok jest przedni, ale to co widać ze specjalnego obserwatorium… super widok naprawdę, zwłaszcza w nocy, miasto po horyzont.

(więcej…)

Dzień 21 – wizyta u lekarza

Dzisiaj wyjątkowo wpis autorstwa Kasi, gdyż to w ogółu niej działy się najciekawsze rzeczy :)

Z racji tego, że zachorowałam musiałam udać się do lekarza. Niestety, nasz ubezpieczyciel (PZU) działał wolniej niż woda w kiblu, więc dostałam się do lekarza dopiero po trzech dniach. Byłam umówiona na godzinę 18:00, więc było dużo czasu, aby coś zwiedzić. :) Postanowiliśmy wyruszyć w odwiedziny do samego cesarza Japonii. Kto będąc w Japonii nie chciałby zobaczyć ogrodów cesarskich czy pałacu? Jak się okazało cesarz Akihito nie był na tyle gościnny, aby wpuścić nas do ogrodu. Byliśmy tym bardzo zawiedzeni.

Skoro cesarz nie chciał nas ugościć jak należy poszliśmy w kierunku amerykańskiej kliniki.  Po drodze poszliśmy wysłać pocztówki, które mogłyby być trochę ładniejsze. Ale ja ich nie wybierałam, wszelkie pretensje proszę kierować do Kurasa. Do lekarza mieliśmy jeszcze sporo czasu, a nie wypadało przyjść godzinę wcześniej, dlatego przez około czterdzieści minut siedzieliśmy w przytulnej kawiarence i piliśmy kawę. Moja kawa była normalna, po prostu zwykłe latte. Natomiast Kuras pił kawę z syropem klonowym, a kawa Kubusia była migdałowo-karmelowa. Wiem, to naprawdę fascynujące. Ale ten dzień był wyjątkowo nudy i naprawdę nic ciekawego się nie działo. Ale Kuras się uparł, że koniecznie musi być wpis na temat lekarza i koniecznie ja muszę notkę napisać. Więc się zgodziłam i zanudzam takimi głupotami jak kawa. Bardzo za to przepraszam. W końcu nadeszła godzina osiemnasta i mogłam wejść do kliniki, wjechaliśmy windą na trzecie piętro i gdy tylko drzwi się otworzyły przywitał nas pan z recepcji. Od razu też kazał wypełnić drobne formalności, czyli imię, nazwisko i inne bzdety. Po chwili podeszła do mnie pielęgniarka, która jak się okazało była naprawdę bardzo miła. Przywitała się i zaprowadziła do gabinetu. Tam zapytała o wszelkie objawy w przypadku mojej choroby, a potem zaczęły się już standardowe rzeczy, czyli mierzenie gorączki i ciśnienia. Gdy wszystko spisała, wyszła z gabinetu, a jak tylko do mnie wróciła za nim otworzyła drzwi pukała. Za każdym razem pukała do drzwi, a dopiero potem weszła. Potem zaprowadziła mnie do lekarza, który grzecznie się ze mną przywitał, wręczył mi swoją wizytówkę, a dopiero potem zaczął pytać o wszelkie objawy. Gdy wywiad został skończony, wróciłam do tego samego gabinetu gdzie przedtem pielęgniarka mierzyła mi gorączkę. Tak jak zawsze lekarz musiał mnie osłuchać, sprawdzić uszy, gardło i także nos. Dopiero później zaczęło się coś co mnie zaskoczyło, a mianowicie potrzebowali kropelki krwi z mojego palca. Na początku myślałam, że może chcą zbadać poziom mojego cukru, ale jednak się pomyliłam. Krew była im potrzebna do tego, aby sprawdzić poziom zarazków, że tak to ujmę. Dzięki temu lekarz mógł zadecydować czy przy mojej chorobie są potrzebne antybiotyki. Gdy jednak zobaczył, że liczba na monitorze urządzenia jest mała, zdecydował, że zrobi test na grypę. Do tego testu potrzebował trochę mojej śliny oraz wydzieliny z nosa. To akurat było bardzo nie przyjemne uczucie. Akurat na wynik tego testu musieliśmy czekać dziesięć minut. W międzyczasie pytano się czy nie potrzebuję wody i o tym podobne rzeczy. Pani pielęgniarka pytała się także o nasz wyjazd do Japonii, była zdziwiona w ilu miastach byliśmy. Była pewna, że cały czas siedzimy w Tokyo. Nie przeciągając dłużej, test na grypę wyszedł negatywny, więc lekarz stwierdził, że to tylko zwykłe przeziębienie. Dostałam leki na zbicie gorączki oraz na katar. Na koniec lekarz i pielęgniarka życzyli mi szybkiego powrotu do zdrowia. Byli naprawdę mili, aż do takiego lekarza chce się chodzić. A i jeżeli chodzi o porozumiewanie się, dlatego, że była to klinika amerykańska wszyscy mówili po angielsku, więc nie miałam żadnych problemów. ^^

(więcej…)

Dzień 19 – zakupy

Dzisiaj w ramach odpoczynku posprzątaliśmy pokój i pojechaliśmy zwiedzać bookoffy :)

W sumie pomijając zakupy nic ciekawego nie robiliśmy. Wyniki na zdjęciach.

dzien19 - WP_20150930_002.jpg
dzien19 - WP_2015093...
dzien19 - WP_20150930_004.jpg
dzien19 - WP_2015093...

Jako że nie mam o czym pisać, bo nie zwiedzaliśmy (a raczej byliśmy w miejscach które już obchodziliśmy wcześniej), to kilka rad i objaśnień jakby ktoś chciał szukać używanych mang.

  • Jak do tej pory znaleźliśmy 2 sieci z używanymi mangami, Mandarake i Bookoff. Pierwszy jest zdecydowanie droższy chociaż zdaje nam się, że oferuje trochę nowsze rzeczy. Ceny zwykle są kaskadowe (pierwsze tomy (2-3 zwykle) po 100 , a ostatnie nawet po 500, w zależności jaka seria). Bookoff natomiast ma specjalne półki z mangami po 100 JPY, zwykle są to niekompletne serie, chociaż zdarzają się wyjątki. Większość porad tyczyć się będzie Bookoffów, ponieważ tych zwiedziliśmy najwięcej i tam spędziliśmy najwięcej czasu.
  • W mangach za 100 znajdziemy nie tylko standardowe tomiki, ale też wydania specjalne, powiększone, w twardej oprawie, zbiorcze itd.
  • Na wyprawę do sklepu dobrze się przygotować, sprawdzić jakie logo znajduje się na grzbiecie tomiku, ponieważ mangi ułożone są magazynami w jakim się ukazywały (ukazują), to bardzo przyśpiesza wyszukiwanie
  • Mangi są podzielone na kilka kategorii (podzielonych na normalne i te za 100), zaobserwowaliśmy podział (zgodnie oczywiście z magazynami w jakich się ukazują) na LN, shoujo, shounen, BL, hentai, wydania specjalne (np. zbiorcze albo w twardej oprawie), bardzo często podzielone piętrami. Występują też piętra z grami oraz figurkami, ale nad nimi się nie pochylaliśmy za bardzo
  • Różne sklepy tej samej sieci mają różny towar, który zmienia się co jakiś czas (półki są uzupełniane na bieżąco)
  • Warto przeglądać półki bo można natrafić na prawdziwe perełki (nie tyczy to pólek gdzie leża tasiemce bo tam są po prostu tasiemce i koniec, ale półka z wydaniami specjalnymi i artbookami to inna sprawa)
  • Zabierz ze sobą pusty plecak, przy przeciskaniu się pomiędzy ludźmi nie przeszkadza, a na wyjściu może ci być potrzebny 😉
  • Ostatnie i najważniejsze, pytaj obsługi (to tyczy się wielu innych miejsc, np. stacji kolejowej, sklepów itd.) może nie na wejściu, bo mają też inne obowiązki, ale jeśli nie możemy czegoś znaleźć to istnieje jeszcze szansa, że leży to gdzieś w miejscu który nie przyszło nam do głowy albo na zapleczu, w sklepach bardzo często panuje dosyć mocno rozwinięty chaos

A poniżej trochę zdjęć które powstały od początku naszego wyjazdu, ale zwykle trafiały na instagram albo wcale, bo robione były telefonem 😉

(więcej…)

Dzień 18 – Kyoto po raz ostatni i koniec JRPassa

Kasia została w łóżku, a my z Jaaqobem pojechaliśmy zobaczyć świątynie Fushimi Inari oraz Kyomizu Dera. Pierwsza znana z 4 kilometrowej ścieżki otoczonej tori. Druga jest obowiązkowym punktem każdego anime, gdzie bohaterowie jadą na wycieczkę do Kyoto.

Fushimi Inari jest tym piękniejsze im dalej się pójdzie, na samym dole ledwo można przepchnąć się przez ludzi którzy akurat po środku ścieżki postanawiają zrobić sobie zdjęcie nie zważając na to, że za nimi idą inni. Dalej zdarzają się momenty gdy nie widać nikogo przed nami, jest prawie zupełna cisza i można spokojnie maszerować w cieniu tori. Co jakiś czas na trasie umiejscowione są budynki, gdzie można kupić pamiątki i napoje. Na całej długości ścieżki rozsiane jest ok. 32000 bunsha (źródło wikipedia), małych świątyń będących całością większej świątyni, ciężko to mi, laikowi ładnie objaśnić. Zgrupowane są one co jakiś czas obok głównej ścieżki, żeby je zobaczyć trzeba odejść kilka kroków. Wszystko to sprawia, że miejsce jest naprawdę godne polecenia, zwłaszcza że całość zajmuje do 2 godzin, a można sobie skrócić wycieczkę i dojść do połowy ścieżki gdzie znajduje się punkt widokowy (ale to tylko opcja dla prawdziwych leni, bo warto zobaczyć całość).

W Kyomizu Dera nie da się już uwolnić od tłumów, choć nie są one tak strasznie dokuczliwe. Z głównego tarasu świątyni rozpościera się piękny widok na miasto i otaczające go góry. Sama świątynia robi bardzo dobre wrażenie, a gdy zaczną czerwienić się otaczające ją klony, musi to wyglądać powalająco.

Z racji, że zostało nam jeszcze trochę czasu zahaczyliśmy jeszcze o bookoff, w którym znalazłem kilka bardzo ciekawych artbooków :)

Był to za razem ostatni dzień naszych podróży, najbardziej zawiodły nas Osaka i Nara, najwięcej czasu spędziliśmy w Kyoto i pewnie jeszcze tam wrócimy w przyszłości, bo nie na wszystko co byśmy chcieli zobaczyć starczyło czasu. Teraz wracamy do zwiedzania Tokyo, ale najpierw zasłużony dzień odpoczynku i sprzątanie :)

I tym samym nadrobiłem codzienne wpisy na blogu :)

Obserwacja 1: Większość kobiet przebranych w kimona spacerujących po świątyniach to Chinki.

Obserwacja 2: Cytryny w Japonii są cholernie kwaśne (Kasia)

(więcej…)

Dzień 17 – Omijingu

Świątynia znana z mangi Chihayafuru, chyba najładniejsza i najspokojniejsza za razem, jaką mieliśmy okazje zwiedzać.

Jedyne miejsce gdzie można kupić omamori w kształcie karty karuty, przy okazji mogliśmy jak meiko (kapłanka) wyszywała wzór obrazka ręcznie. Zapewne ze względu na to, że dewocjonalia w naszym kraju są „made in china” zakładałem, ze tutejsze omamori są również produkowane maszynowo, a tu takie zdziwko bardzo pozytywne. Dodatkowo dostępne były omamori z grafiką z Chihayafuru, ale żadne z nas nie skusiło się na zakup, za to karta z poematem była zbyt dużą pokusą, żebyśmy z Jaaqobem mogli sobie odmówić, Kasia zainwestowała w talizman mający przynieść powodzenie w nauce, każda pomoc się przyda :)

Ponadto trafiliśmy na obchody (nie wiem czy można to tak nazwać) shichigosan, w dosyć nietypowej dacie, ponieważ normalnie odbywają się one 15 listopada. Jest to rodzinna uroczystość dla dzieci w wieku 3, 5 i 7 lat. Liczby te mają swoje numerologiczne znaczenie, a ponadto wiążą się z przełomowymi momentami życia dzieci w dawnej Japonii. Tradycyjnie do wieku 3 lat obowiązkowo golono dzieciom włosy na głowie, od tego czasu mogły one sobie swobodnie rosnąć :) W wieku 5 lat chłopiec po raz pierwszy mógł ubrać hakame, a dziewczynka w wieku 7 lat mogła założyć po raz pierwszy obi.

Postanowiliśmy przysiąść sobie z boczku i poobserwować co się dzieje, schemat przy każdej rodzinie był podobny. Odświętnie ubrane dziecko razem z rodzicami (czasami z dziadkami) przybywało do świątyni. Odbywała się mini sesja fotograficzna w bramie świątynnej, następnie razem z rodzicami ruszali po błogosławieństwo kapłana pod sam główny ołtarz. Kapłan odmawiał modlitwę prosząc o powodzenie i zdrowie w kolejnych latach życia (tak przynajmniej zrozumieliśmy z tego co dało się usłyszeć). Następnie cała rodzina szła zwiedzać świątynie.

W sumie po raz kolejny udało nam się znaleźć w dobrym miejscu, we właściwym czasie. Z jednej strony polecam gorąco, z drugiej cały urok i piękno tej świątyni może zniknąć, jeśli stał by się ona bardziej popularna, więc gdzieś w głębi serca mamy nadzieje, że tak się nie stanie i gdy tam po raz kolejny wrócimy, znów spotkamy tam tylko garstkę modlących się ludzi, spokój i ciszę.

Dzień musieliśmy trochę skrócić i wrócić wcześniej do Tokio, ponieważ Kasia dostała gorączki i źle się poczuła. Teraz leży smarcze i pokasłuje.

(więcej…)

Dzień 16 – Osaka podejście drugie (lekko poprawione)

Tym razem pojechaliśmy do Osaki z konkretnym planem i wiedzą którą nabyliśmy przy poprzedniej wizycie.

Jedyną sensowną atrakcjom którą udało nam się zwiedzić był zamek. Z zewnątrz potężna budowla w stylu japońskim, wewnątrz hmmm… nowoczesny budynek z windą, ładnymi drewnianymi podłogami i białymi ścianami, takie po prostu muzeum. Jakoś nie pasuje mi to do zamku. Ekspozycja rozrzucona na 7 pięter (budowla ma 8 ale między 5 a 7 jest loża na którą nie ma wstępu). Najciekawsza ekspozycja znajduje się na piętrach 3 i 4 (nie można tam robić zdjęć), znajduje się tam oręż i dokumenty z epoki. Jak dla mnie można spokojnie ograniczyć się do obejrzenia zamku z zewnątrz, nie pozostanie ten dziwny smutek w sercu.

Tak dla wyjaśnienia, zamek w 1945 r. spłonął i został odbudowany po wojnie, ale nawet nie próbowano go zrekonstruować tylko po prostu machnięto żelbetonową konstrukcje na starych fundamentach.

Zdecydowanie na plus natomiast były turniej tańca odbywający się przed zamkiem. Kilkanaście grup prezentowało swoje układy, jak zrozumieliśmy typowe dla tamtejszego matsuri. Nam udało się zobaczyć kilka, bo trzeba było jednak coś zwiedzić, a i temperatura nie zachęcała do staniu w miejscu 😉

Ogólnie może coś robiliśmy źle, ale Osaka zupełnie nam nie podpasowała, chyba pod żadnym względem, może poza urodą tamtejszych niewiast.

(więcej…)